Tych, którzy z rozmaitych względów stracili kontakt z rzeczywistością lub na dobre zakończyli swoją edukacyjną karierę, w związku z czym nieszczególnie interesuje ich organizacja roku akademickiego, informuję uprzejmie, że od dobrego tygodnia w przyrodzie szaleje w najlepsze matuś sesja.
Z racji tego, iż sama od pewnego czasu statusem żaka legitymuję się tylko i wyłącznie ze względów prestiżowo-słuchowych – czyli przede wszystkim dlatego, że student brzmi zdecydowanie lepiej niż niedorobiony filolog, który może sobie co najwyżej zanucić: Więc mam wyższe wykształcenie, chociaż studiów nie skończyłem… – normalnie nie zwróciłabym większej uwagi na ten fakt. Tak się jednak złożyło, że choć trudy i znoje zdobywania w pocie czoła kolejnych autografów do indeksu przestały być moim udziałem, to cuda, dziwy i wszelakie osobliwości, okraszające ten szczególny czas w roku, wciąż nie przestały mnie dotyczyć. Głównymi dostawcami moich sesyjnych rozrywek stali się zaś: debiutujący w roli umęczonego studenta mój młodszy Brat oraz zaprawiony w bojach Współzamieszkujący. Choć, tak po prawdzie, edukacyjny staż niewielkie ma tutaj znaczenie.
O ile bowiem pierwszy z wyżej wymienionych panów nad wyraz dobrze znosi natłok zaliczeń i egzaminów, w związku z czym tylko od czasu do czasu pozwala on sobie na niekontrolowany, rozpaczliwy skowyt: Jestem za młody na sesję!, o tyleż Współzamieszkujący już na samym początku tegorocznych bojów zaczął wykazywać ewidentne objawy nieradzenia sobie z naukową presją. Co, muszę przyznać, poważnie mnie martwi, ponieważ w trakcie jego – bądź co bądź dość długodystansowej studenckiej kariery – nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło i na ogół wyjątkowo dziarsko rozprawiał się z wszelkimi sesyjnymi straszydłami.
Tym razem jednak najwyraźniej coś musiało mu się dość dotkliwie poprzestawiać, co zaowocowało tym, że biedny chłopina począł nagle chwytać się przeróżnych zajęć w celu rozładowania nagromadzonego napięcia. Ostateczne ukojenie odnajdując w… kompulsywnym praniu. Dokładnie tak, moi mili. W żadnej tam pospiesznej, radosnej przepierce dwóch par skarpet i osamotnionych gatek, ale w dzikim, zwierzęcym, obłąkańczym pakowaniu do bębna pralki wszystkiego, co tylko do umieszczenia w nim się nadaje.
Na pierwszy ogień (a w zasadzie: na pierwszą wodę, z płynem do prania w dodatku) poszły więc rzeczy czarne, tuż po nich białe, a następnie kolorowe – do tego na trzy raty. Współzamieszkującemu w praczym amoku wciąż jednak było mało. Owładnięty dziką żądzą smagania Bogu ducha winnych tkanin mydlinami, jednym susem dopadł okien, zdarł z nich zasłony i dawaj! Program nastawiać! Podobny los spotkał koce, prześcieradła, wszystkie poszwy i poszewki oraz pledzik – nie uchował się nawet mój biedny, wymemłany jasiek. Resztki instynktu samozachowawczego kazały mi pierzchnąć, nim rozwój wypadków dosięgnął punktu, w którym opętany kompulsywnym practwem Współzamieszkujący zacząłby wypełniać pralkę częściami garderoby, zdartymi mi wprost z grzbietu. Mam bowiem całkiem uzasadnione podejrzenie, że w przeciwnym razie nie ostałaby mi się ni jedna skarpetka.
Na całe szczęście G., zaspokoiwszy swą gwałtowną potrzebę obsesyjno-kompulsywnego prania, w chwili obecnej nie zdradza już szczególnie widocznych oznak obłędu. Wyznam jednak szczerze, że ten nagły zwrot całej akcji traktuję z daleko idącą rezerwą i poważnie rozważam pomysł, by dla własnego bezpieczeństwa oraz dobra noszonego przyodziewku na resztę sesji zaszyć się w jakimś odległym, trudno dostępnym miejscu.
Biorąc pod uwagę panującą za oknem temperaturę oraz fakt, iż aktualnie – w zależności od egzaminacyjnego terminarza Współzamieszkującego – bezustannie bombardowana jestem dywanowym nalotem mniej lub bardziej fascynujących informacji na temat przeróżnych nurtów filozoficznych, sądzę, że w tej sytuacji doskonałym miejscem schronienia będzie jaskinia Platona. Najlepiej wyposażona w ogrzewanie, jacuzzi i przystojnego kelnera, roznoszącego drinki z palemką.
