Feeds:
Wpisy
Komentarze

o tym, że błagam o litość

Mądrzy ludzie powiadają, że sprawiedliwość jest ślepa. Podobno miłość – takoż, ja natomiast do tej zacnej grupy niedowidzących pań dodałabym jeszcze modę, która nie dość, że ociemniała, to w dodatku wredna, w związku z czym zaskakująco często straszy ona – z mniej lub bardziej wyrafinowanym okrucieństwem – Bogu ducha winnych ludzi, zmuszonych do mimowolnego obserwowania garderobianych poczynań bliźnich.

Jako dziewczę z natury raczej niestrachliwe na ogół całkiem nieźle radzę sobie z modowymi szkaradzieństwami, które regularnie przychodzi mi podziwiać na cudzych grzbietach, odwłokach i kończynach. Ze stoickim spokojem przeżyłam więc na ten przykład dość nagły kombak koszmarnych spódnic-bombek, podejrzewając nie bez satysfakcji, że nawet wątły tyłek Kate Moss wygląda w nich niczym dorodna trzydrzwiowa szafa. Bez większych emocji przyjęłam również powrót z zaświatów upiornych legginsów z lajkry, noszonych ponownie w towarzystwie bluzek, z całkowitym pominięciem dolnej części przyodziewku. Zupełnie jak za starych, dobrych, przedszkolnych czasów, choć tym razem bez nadruku z Myszką Miki.

Nieco więcej wysiłku kosztowało mnie pogodzenie się z wynaturzeniami o charakterze obuwniczym, aczkolwiek i one po pewnym czasie przestały przyprawiać mnie o stany lękowe. Mimo, że do założenia butów z czubem potrafiłaby skłonić mnie tylko jedna okoliczność – rola we Władcy Pierścieni lub kolejnej ekranizacji Wiedźmina. W innym przypadku nie widzę powodu, by prezentować się niczym mały, złośliwy gnom w ogromnych kamaszkach, do którego niechybnie musiałabym się upodobnić, przedłużając swoją i tak imponującą stopę idiotycznym czubem.

Po świecie modowych potworków z godnym pozazdroszczenia uporem wciąż krąży jednak taki, z którym za diabła nie potrafię sobie poradzić, mimo najszczerszych chęci i usilnych starań. Wobec rozmiarów grozy, jaką nieodmiennie budzi we mnie to straszydło, wszelkie próby uciszenia lęku, okiełznania go i oswojenia okazują się być bowiem całkowicie bezowocne. Moje oczy przy okazji każdego takiego traumatycznego spotkania wrzeszczą, przerażone mrożącym krew w żyłach widokiem, a zmysł estetyczny kuli się gdzieś w okolicach mojej lewej pięty, błagając, by go nie gwałcić.

Dlatego ja również błagam. Apeluję, proszę i zaklinam: Panowie! Miejcie litość! Nie zakładajcie skarpetek do sandałów!!

Obecna! Wszystkim zatroskanym spieszę donieść, że żyję i mam się wyśmienicie. Jednocześnie informuję uprzejmie, że rozpoczęta dwa tygodnie temu ogólnopolska akcja Wesprzyj sis walczącą o tytuł naukowy, przyjęta przez Czytelników tego wirtualnego przybytku z podziwu godną wyrozumiałością i życzliwym zainteresowaniem, za które serdecznie dziękuję, zostaje tymczasowo zawieszona. W trosce o zdrowie jej bohaterki.

Gwoli sprawiedliwości nadmienić jednak należy, że przez ostatnie kilkanaście dni byłam dziarska jak nigdy. Do tego stopnia, że mój współzamieszkujący, poważnie zaniepokojony tym spektakularnym wybuchem waleczności, postanowił przezornie czmychnąć w znacznie bezpieczniejsze miejsce i udał się do mamusi. Zostawszy w ten sposób słomianą wdową, ograniczyłam całą swą aktywność jedynie do niezbędnych dla podtrzymania życia czynności i przy dźwiękach Backstreet Boys kleciłam do szóstej rano swoje brawurowe figury dyskursu miłosnego pod czujnym okiem świętej pamięci Rolanda Barthesa. Beztrosko ignorując przy tym latające po pokoju muchy, które według wszelkiego prawdopodobieństwa były już niechybnym objawem tego, że któraś ze znajdujących się w pomieszczeniu osób zaczyna z lekka pośmierdywać. I chyba niekoniecznie był to pan Barthes.

Obrany tryb pracy zaowocował, rzecz jasna, gruntownym rozpieprzeniem mojego cyklu dobowego i kładzeniem się spać na parę godzin w blaskach już dawno wzeszłego słońca, raźno przemieszczającego się po nieboskłonie. Niestety, jak się okazało – na moją zgubę. W takich okolicznościach przyrody przyszło mi się bowiem spotkać z postacią, której każdy rozsądny człowiek spodziewałaby się zdecydowanie mniej, niż Hiszpańskiej Inkwizycji – mianowicie z Natalią Oreiro.

Bladego pojęcia nie mam, czemu swą obecnością zaszczyciła mnie akurat ona, dość na tym, że podczas jednej z takich uskutecznianych o osobliwej porze drzemek, dziewczę objawiło mi się w pełnej krasie, podrygując przy tym radośnie. Co więcej, poza pląsami bezlitośnie uraczyło mnie ono także całym teledyskiem do czołówki Zbuntowanego anioła, który obejrzałam pokornie, scena po scenie, od początku aż do samiuśkiego końca. W zasadzie czort wie dlaczego i za jakie grzechy.

Po tym traumatycznym przeżyciu zerwałam się z łóżka w popłochu, święcie przekonana, że z moją głową dzieje się coś bardzo niedobrego. I że powinnam wyciągnąć wnioski z tej jakże upiornej lekcji. Tak się bowiem na ogół składa, że dla jednych zwiastunem, informującym o konieczności podjęcia istotnych życiowych decyzji, bywa objawienie się Matki Boskiej, innych z kolei przekonują białe myszki, UFO lub archanioł Metatron, mnie zaś w roli posłańca trafiła się najwyraźniej Natalia Oreiro. Zignorowanie jej byłoby chyba straszliwą lekkomyślnością z mojej strony.

Pospiesznie dokonałam zatem rachunku sumienia, rozważyłam wszystkie za i przeciw, gruntownie przeanalizowałam stan swojej Pracy Magisterskiej, skrupulatnie obliczyłam ilość stron, jaka jeszcze do napisania mi pozostała, przełożyłam to na dni i – co najważniejsze – noce, podczas których Natalia Oreiro wraz z całą obsadą Zbuntowanego anioła mogła mi złożyć kolejną kurtuazyjną wizytę i podjęłam męską decyzję. Ta gra jest niewarta świeczki. Tytuł naukowy tytułem, ale zdrowie psychiczne przede wszystkim.

Pokrzepiona tą myślą raźno powróciłam do przerwanej pracy. Tak więc moje szkaradne literackie dziecię nadal powstaje i rośnie zdrowo, a Szanowny Pan Promotor wykazuje mnóstwo wiary w sens moich naukowych działań, mocno podnosząc mnie tym na duchu. Najbardziej jednak cieszy mnie fakt, że aktorki z argentyńskich oper mydlanych przestały zakłócać mój sen i przesyłać mi upiorne oniryczne znaki. Być może dlatego, że kładę się spać ciut wcześniej niż o szóstej, jestem nieco bardziej zadbana i już nie pośmierduję.

A wszystko to za sprawą jednego małego druczku, przesuwającego termin mojej obrony na wrześniowe okolice. Życie bywa piękne.

o mojej bratniej duszy

Dzisiejszą notkę postanowiłam poświęcić postaci szczególnie bliskiej memu sercu. Tym bardziej, że jej upodobania są zachwycająco zbieżne z moimi własnymi.

Jak zarazy morowej nie cierpi ona bowiem:

  • poniedziałków
  • poranków
  • wagi łazienkowej
  • szpinaku
  • budzika

Uwielbia natomiast:

  • jedzenie
  • spać
  • kawę w dużych ilościach

A jakby tych podobieństw było mało, bohater dzisiejszego wpisu przedziwnym zbiegiem okoliczności także obchodzi urodziny 19 czerwca. Co odkryłam stosunkowo niedawno, ciesząc się przy tym jak norka.

Wszystkiego najlepszego dla nas, Garfield!

urodziny ga080617t

Starsze wpisy »