o tym, że mnie dręczą
28 maj, środa
Tłumienie negatywnych emocji jest niezdrowe. Postanowiłam wziąć sobie do serca tę przegenialną w swej prostocie myśl, w związku z czym uczciwie uprzedzam, że dzisiejsza notka będzie zalatywać nieco małą frustracyjką. Ponieważ jestem oburzona. Jak diabli.
Okazało się bowiem, że moja szanowna uczelnia zatrudnia niesłychanie liczną bandę złych ludzi. W zasadzie mogłabym przejść nad tym do porządku dziennego – wszak świat pełen jest podłych kreatur. A jako, że nawet podłe kreatury muszą z czegoś żyć, fakt, że część z nich znalazła ciepłe posadki akurat na poznańskiej filologii peel nie powinien jakoś szczególnie mnie dziwić. Lecz mimo to dziwi.
Czuję się okrutnie oszukana. Przez cały rok paskudne indywidua, zwane moimi wykładowcami, dobrotliwie pozwalały mi na bezkarne i bezwstydne naukowe nicnieróbstwo, nie wykazując większego zainteresowania moją rozleniwioną osobą. Jedyne, czego ode mnie wymagano, to względnie przyzwoita frekwencja na zajęciach, na których zresztą pojawiałam się dość dziarsko. Na tym jednak kończył się zakres moich studenckich obowiązków.
Żebyż jeszcze nękano mnie kolokwiami, urządzano znienacka jakieś mrożące krew w żyłach wejściówki, manipulowano poziomem mojej adrenaliny, zadając do pisania prace i pracki rozmaitego kalibru, wyznaczywszy niemożliwe do dotrzymania dedlajny, sprawdzano systematycznie stan mojej wiedzy, skrupulatnie badając co, w jakich ilościach i czy w ogóle czytam… Ale nie. Nie dość, że moja szanowna uczelnia przez cały rok pozwalała mi nie robić kompletnie nic, to jeszcze mi za to płaciła! Na co oczywiście nie sposób było narzekać, bo dzięki temu cokolwiek nędzny stan mojego konta powiększał się regularnie o składaną mi comiesięczną daninkę. I wszyscy byli szczęśliwi.
Szkoda tylko, że moi wykładowcy – jak jeden mąż, choć płci obojga – doznali ostatnio jakiejś bliżej nieokreślonej, zbiorowej iluminacji, bo nagle przypomnieli sobie, że maj powoli się kończy i zbliża się coś na kształt sesji. I teraz wszyscy czegoś ode mnie chcą.
Uważam, że takie zagranie jest z ich strony bardzo nie fair. Jakże to tak – brać biednego, nieświadomego nadchodzącego niebezpieczeństwa studenta z zaskoczenia i hurtem zwalać mu na jego beztroską głowinę tyle Strasznych Rzeczy naraz?! Toć to skandal.
Wygląda na to, że niebawem znów przyjdzie mi przestawić się na sesyjny tryb życia. Jako stworzenie kompletnie niezdolne do przyswajania wiedzy za dnia, powrócę więc do funkcjonowania w porach nocnych. Zaszyję się w moim domiszczu, przestanę wyłazić na powierzchnię i codziennie będę się uczyć, dopóki nie padnę, co – według moich obliczeń – następować będzie najprawdopodobniej w okolicach godzin wczesnoporannych. Czyli takich, w których normalni ludzie zazwyczaj się budzą. Ja natomiast zapewne wstawać będę gdzieś bliżej południa, w związku z czym znowu będę musiała zrezygnować z konsumpcji śniadań, bo jedzenie ich o piętnastej zakrawa co najmniej na nieprzyzwoitość. Obiady przyjdzie mi spożywać o dwudziestej trzeciej po południu, zaś kolacje kole czwartej. I tak przez najbliższy miesiąc.
Tę niewesołą perspektywę osładza mi na szczęście jedna, wyjątkowo optymistyczna teoria, na którą wpadłyśmy któregoś razu do spółki z N. – pochłaniane w nocy jedzenie nie ma absolutnie żadnych kalorii. Wcale, w ogóle, ani ciut ciut. Czy to nie piękne?
•
Dochodzi trzecia. Idę zrobić sobie kanapkę.


