o tym, że ogłaszam bunt

30 maj, piątek

Skończyłam pisać Bardzo Mądrą Pracę. Jestem nią zażenowana.

W krwiobiegu mam tyle kofeiny, że – według moich obliczeń – powinnam chodzić jak nakręcona mniej więcej do września.

Wyglądam jak zombie.

Znienawidziłam Rafała Wojaczka. I poezję w ogóle.

Mam awersję do słowa pisanego. Na dłuższy popis blogowej erudycji pozwolę sobie dopiero wtedy, gdy mi przejdzie.

O ile mi przejdzie.

Idę spać.

o tym, że mnie dręczą

28 maj, środa

Tłumienie negatywnych emocji jest niezdrowe. Postanowiłam wziąć sobie do serca tę przegenialną w swej prostocie myśl, w związku z czym uczciwie uprzedzam, że dzisiejsza notka będzie zalatywać nieco małą frustracyjką. Ponieważ jestem oburzona. Jak diabli.

Okazało się bowiem, że moja szanowna uczelnia zatrudnia niesłychanie liczną bandę złych ludzi. W zasadzie mogłabym przejść nad tym do porządku dziennego – wszak świat pełen jest podłych kreatur. A jako, że nawet podłe kreatury muszą z czegoś żyć, fakt, że część z nich znalazła ciepłe posadki akurat na poznańskiej filologii peel nie powinien jakoś szczególnie mnie dziwić. Lecz mimo to dziwi.

Czuję się okrutnie oszukana. Przez cały rok paskudne indywidua, zwane moimi wykładowcami, dobrotliwie pozwalały mi na bezkarne i bezwstydne naukowe nicnieróbstwo, nie wykazując większego zainteresowania moją rozleniwioną osobą. Jedyne, czego ode mnie wymagano, to względnie przyzwoita frekwencja na zajęciach, na których zresztą pojawiałam się dość dziarsko. Na tym jednak kończył się zakres moich studenckich obowiązków.

Żebyż jeszcze nękano mnie kolokwiami, urządzano znienacka jakieś mrożące krew w żyłach wejściówki, manipulowano poziomem mojej adrenaliny, zadając do pisania prace i pracki rozmaitego kalibru, wyznaczywszy niemożliwe do dotrzymania dedlajny, sprawdzano systematycznie stan mojej wiedzy, skrupulatnie badając co, w jakich ilościach i czy w ogóle czytam… Ale nie. Nie dość, że moja szanowna uczelnia przez cały rok pozwalała mi nie robić kompletnie nic, to jeszcze mi za to płaciła! Na co oczywiście nie sposób było narzekać, bo dzięki temu cokolwiek nędzny stan mojego konta powiększał się regularnie o składaną mi comiesięczną daninkę. I wszyscy byli szczęśliwi.

Szkoda tylko, że moi wykładowcy – jak jeden mąż, choć płci obojga – doznali ostatnio jakiejś bliżej nieokreślonej, zbiorowej iluminacji, bo nagle przypomnieli sobie, że maj powoli się kończy i zbliża się coś na kształt sesji. I teraz wszyscy czegoś ode mnie chcą.

Uważam, że takie zagranie jest z ich strony bardzo nie fair. Jakże to tak – brać biednego, nieświadomego nadchodzącego niebezpieczeństwa studenta z zaskoczenia i hurtem zwalać mu na jego beztroską głowinę tyle Strasznych Rzeczy naraz?! Toć to skandal.

Wygląda na to, że niebawem znów przyjdzie mi przestawić się na sesyjny tryb życia. Jako stworzenie kompletnie niezdolne do przyswajania wiedzy za dnia, powrócę więc do funkcjonowania w porach nocnych. Zaszyję się w moim domiszczu, przestanę wyłazić na powierzchnię i codziennie będę się uczyć, dopóki nie padnę, co – według moich obliczeń – następować będzie najprawdopodobniej w okolicach godzin wczesnoporannych. Czyli takich, w których normalni ludzie zazwyczaj się budzą. Ja natomiast zapewne wstawać będę gdzieś bliżej południa, w związku z czym znowu będę musiała zrezygnować z konsumpcji śniadań, bo jedzenie ich o piętnastej zakrawa co najmniej na nieprzyzwoitość. Obiady przyjdzie mi spożywać o dwudziestej trzeciej po południu, zaś kolacje kole czwartej. I tak przez najbliższy miesiąc.

Tę niewesołą perspektywę osładza mi na szczęście jedna, wyjątkowo optymistyczna teoria, na którą wpadłyśmy któregoś razu do spółki z N. – pochłaniane w nocy jedzenie nie ma absolutnie żadnych kalorii. Wcale, w ogóle, ani ciut ciut. Czy to nie piękne?

Dochodzi trzecia. Idę zrobić sobie kanapkę.

Piszę Bardzo Mądrą Pracę. Plotka głosi, że tłumaczenie Ulissesa zajęło Maciejowi Słomczyńskiemu 13 lat – obawiam się, że mam spore szanse pobić jego rekord, bo ta moja nocna, chałupnicza dłubanina idzie mi niestety wyjątkowo opornie. Choć ambicje mam zdecydowanie mniejsze, niż pan Maciej.

Podejrzewam, że ciężki poród mego szpetnego, pseudonaukowego dziecięcia przebiegałby dużo sprawniej, gdyby odizolowano mnie od wszystkich dobrodziejstw cywilizacji, które aktualnie pod ręką posiadam; z Internetem na czele. Cudowne sam na sam – tylko Łord, bezdenny dzbanek kawy i ja. Odseparowane od reszty świata pomieszczenie, w którym powinno się mnie w takiej asyście zamknąć, mogłoby znajdować się na przykład gdzieś w Kolumbii. Panu Wojaczkowi pewnie i tak nie uczyniłoby to większej różnicy, w jakiej części ziemskiego globu powstaje kolejny niezwykle błyskotliwy referat na temat jego twórczości, natomiast mnie takie tymczasowe przenosiny mogłoby bardzo ułatwić życie.kawa

Powód jest prosty (i przepyszny): kawa. Kolumbia, do której – nie wiedzieć czemu – nie przylgnął jakoś przydomek Krainy Kofeiną Płynącej, wydaje mi się być w związku z tym drobnym, acz niebywale istotnym szczegółem, jednym z miejsc, w których bezapelacyjne powinnam się w tej chwili znaleźć. Skoro produkuje się tam 0,68 miliona ton kawy rocznie to musi być raj na ziemi. Raj, w którym życie, obficie zaprawione życiodajnym napojem bogów, jest cudowne, a wszelka aktywność twórcza rozwija się bujnie, choć od niechcenia.

Zwłaszcza, że Kolumbia zajmuje także jedną z czołowych pozycji na świecie, jeśli chodzi o produkcję innych wesołych substancji. Głównie kokainy. Nie, żebym propagowała tu jakieś szemrane teorie, ale mam poważne podejrzenie, że – przynajmniej na początku stosowania – wpływa ona na poprawę koncentracji i podwyższenie zdolności intelektualnych nie gorzej niż kawa. Dzięki czemu napisanie Bardzo Mądrej Pracy byłoby zapewne pestką, zabawą na jedno popołudnie. Nikogo nie powinien zatem dziwić geniusz takiego pana Marqueza. Na jego miejscu też stałabym się szczęśliwą laureatką Nagrody Nobla.

A w razie literackiego niepowodzenia zawsze miałabym szansę na znalezienie bogatego męża – wszak Kolumbia, poza kawą i kokainą, obfituje również w złoża ropy naftowej. I jest całkiem nieźle zaopatrzona w szmaragdy, które przepięknie mogłyby się komponować z zielenią mych ócz. Przybrawszy postać pierścionka zaręczynowego od jakiegoś obrzydliwie majętnego nafciarza na przykład.

Ostateczny termin oddania mojej Bardzo Mądrej Pracy upływa w piątek. Obawiam się, że do tego czasu władze Kolumbii mogą nie zdążyć rozpatrzyć mojej prośby o udzielenie azylu naukowego ani przyznać mi obywatelstwa. Wygląda więc na to, że mój ciężki poród będę musiała doprowadzić do szczęśliwego finału sama, tu, na polskiej ziemi. Co może niestety negatywnie odbić się na walorach intelektualnych mojego płodzonego właśnie w bólach wytworu. Zwłaszcza, że czas ucieka, a praca jakoś nie bardzo chce powstawać.

Dlatego żywię nieśmiałą nadzieję, że słowik to, a nie skowronek porykuje mi właśnie za oknem. I że jeszcze ranek nie tak bliski