Jestem leniwym śmierdziuchem. W zasadzie żadna to nowina, raczej prosta, prymitywna konstatacja sensualistyczna, jak rzekłby jeden z moich profesorów, tym razem jednak moja niefrasobliwość sięgnęła wyżyn. Lekce sobie ważąc wszystkie te Niezwykle Ważne Rzeczy (z Naukowymi Świństwami na czele), które coraz wyraźniej i coraz bardziej złowieszczo zaczynają kłębić się nad moją wybitnie nieodpowiedzialną głowiną, postanowiłam beztrosko, że długi majowy łikend spędzę na Dzikim Wschodzie. Absolutnie nienaukowo, jak można się domyślić.
Uradowana tym faktem gospodyni już zapowiedziała, że w chwilach wolnych od zapoznawania mnie z lokalnym folklorem, wspólnej degustacji Wiśni Mocnej, przez smakoszy ze wsi nazywanej finezyjnie pneumokokiem i nadrabiania zaległości towarzyskich, zamierza wykorzystać mnie do intensywnych prac remontowo-dekoratorskich. Według wszelkiego prawdopodobieństwa czeka mnie więc wytężone fabrykowanie kurpiowskich szlaczków, o których – jako rdzenna i w dodatku bardzo miastowa Wielkopolanka – nie mam zielonego pojęcia oraz przyspieszony kurs obsługi szlifierki. Na której znam się jeszcze mniej. No chyba, że za zdobywanie wiedzy teoretycznej w tym zakresie można by uznać kilkakrotne obejrzenie wszystkich części Karate Kida.
Za to po powrocie postanawiam intelektualną poprawę. Słowo. Przyspieszę tempo czytania lektur, dziarsko uporam się z egzaminem z historii języka, nawet, jeśli oznaczać to będzie konieczność zmajstrowania na poczekaniu kolejnego tomiszcza Średniowiecznej pieśni religijnej polskiej i stworzenia jakiegoś sequela Bogurodzicy oraz uruchomię tryb magiczny, by wyczarować konspekt dla mojego szanownego pana promotora. A do tego wszystkiego napiszę wreszcie tę nieszczęsną Bardzo Mądrą Pracę z historii literatury.
Mam bowiem niejasne przeczucie, że pobyt na Dzikim Wschodzie może znacznie zwiększyć moje szansę na oczekiwaną już od jakiegoś czasu mistyczną iluminację. Wszak towarzyski wyjazd na Mazury przy odrobinie dobrej woli całkiem zgrabnie dałoby się podciągnąć pod chętnie uskuteczniane przez naszego suchotniczego romantyka lecznicze podróże do wód. Do Pornic nad oceanem na ten przykład. A to oznacza, że wizja ognista jest w zasięgu mych możliwości.
W celu przywołania jej gotowa jestem nawet spożyć całkiem sporawą ilość… wody ognistej. Może to podziała. Nie jestem co prawda przekonana, czy aby na pewno skończy się to akurat mistycznym objawieniem, ale całkiem rozsądnie podejrzewam, że czymś skończyć się musi. Jakby się nad tym dobrze zastanowić, to katzenjammer cieszy się w polskiej tradycji literackiej wcale nie mniejszą sławą.
Jest za to zdecydowanie łatwiejszy do osiągnięcia. A to niewątpliwa zaleta.
Pierwszy pod nowym adresem ;> A teraz przeczytam co tu napisałaś ;>
Ihaaa, Dziki Wschód nawiedzon przez popaprańców znów będzie? ;> tylko nie przesadź z degustacją pneumokoka Siostrzyczko kochana, bo możesz nie zdołać opisać tej wizji ognistej, która Cię nawiedzi ;P
Uh, jeszcze na podium się załapałam?
Trzymamy kciuki za postanowienie poprawy, choć i tak trzeba będzie się znów spowiadać ; >
Cytujesz profesora eS?! Love! :D
Dobra rzecz z tymi przenosinami na łortpresa. No i dobry lajołt. Czytawszy z przyjemnością. :)
Ale zielona filiżanka niet
Racjon. Gosia, rzuć butem.
No dobrze. Specjalnie dla Was, jak tylko wygrzebię się z Dzikiego Wschodu (choć wolałabym nieee ;] ), będzie lejałcik. Czego się nie robi dla Wiernych Czytelników ;]
Czuję się jak lewe ramię z reklamy żelu pod prysznic ^,^
Wypieszczona, aż miło.
O tak ^^
Gdybym wiedziała, że tak będzie już dawno zarządziłabym przeprowadzkę ;]
A mi się ta zielona filiżanka podoba, ale ja mam spaczony gust, przynajmniej jest zielono i wiosennie, o!! ;p
A poza tym Mazury :D chociaż jestem ciekawa, czy wytrzymają taki Wasz nalot, biedne Mazury ;p
Zielona może być , byle nie czarna w środku jak mawia wiesz kto. A jak pełna , to pasuje do saloniku. Matylda
Znam tego buta:) tym razem przemaszerował na nowym portalu, będę zaglądał…