Obecna. Powróciłam z Dzikiego Wschodu i muszę przyznać, że fakt ten działa na mnie wybitnie przygnębiająco. Potrzebuję chyba jakiegoś tygodnia przystosowawczego, najlepiej o mocno wzmożonym współczynniku łagodności, by na powrót przyzwyczaić się do życia w cywilizowanym świecie.
Nie wiem tylko, czy aby na pewno mam na to ochotę. Przez ostatnie kilka dni całkiem nieźle funkcjonowało mi się bowiem bez tak wyrafinowanych technologicznie wynalazków myśli człowieczej, jak na przykład zegarek, w efekcie czego spałam, jadłam, piłam, bawiłam się i odpoczywałam dokładnie wtedy, gdy odczuwałam taką potrzebę. Czyli w porach cokolwiek osobliwych, co nie umniejszało oczywiście frajdy, płynącej z całkowicie dobrowolnego i absolutnie bezstresowego wykonywania wszystkich tych czynności. Przy okazji których dorobiłam się ponadto kilku tak czarujących fotek, że spokojnie mogę teraz udawać, że spędziłam wczasy na Jamajce. Czym nie omieszkam się pochwalić. O, proszę bardzo:
Gdyby tylko zależało to ode mnie, najchętniej przedłużyłabym więc pobyt w mazurskiej dziczy do bliżej nieokreślonego, długodystansowego jeszcze trochę, oscylującego gdzieś w okolicach po wsze czasy. Zwłaszcza, że usytuowane na wschodnich rubieżach domostwo N., jest prawdopodobnie jedyną na ziemi dziczą, w której do kociołka z ogniska podaje się finezyjną sałatkę grecką i pomidory z mozarellą, zaś nocny pijacki głodek (u osób o preferencjach innych niż swojsko-piwne wywoływany nota bene na przykład przez likierek kawowy lub tequilę) zaspokaja się nonszalancko krewetkami, chipsami z pastą guacamole albo wegetariańskimi faszerowanymi łódeczkami paprykowymi z grilla, których nie powstydziłaby się Nigella Lawson. Czegóż chcieć więcej?
Tymczasem okrutny los i wyjątkowo parszywe Naukowe Świństwa zmusiły mnie do porzucenia beztroskiego żywota mazurskiej dziołchy, do którego wydaję się być stworzona. Na całe szczęście N., która od niedawna może pochwalić się tytułem wiejskiego przedsiębiorcy (pan, usiłujący w czasach licealnych wbić nam do głów zagadnienia, związane z fascynującym przedmiotem, zwanym podstawami przedsiębiorczości, na którego lekcjach albo nie zjawiałyśmy się wcale, albo też docierałyśmy potężnie spóźnione, dowiedziawszy się o tym padłby zapewne trupem na miejscu), bez trudu opracowała plan, umożliwiający mi podążenie za moim wytęsknionym, dzikowschodnim powołaniem. Wraz z zostaniem owym przedsiębiorcą dorobiła się ona bowiem mnóstwa rozmaitych uprawnień, w związku z czym – poza tym, że posiada pozwolenie między innymi na prowadzenie pensjonatu, majstrowanie rękodzieł, organizację targów i konferencji wszelakich oraz wytwarzanie przetworów na skalę masową, łącznie z produkcją win gronowych – wolno jej również otworzyć… wiejską bibliotekę.
Zostanę zatem wiejską bibliotekarką. W pocie czoła nieść będę kaganek oświaty, edukować niewyedukowanych i nauczać nienauczonych, krzewiąc w nich miłość do literatury i mowy ojczystej. Krótko mówiąc: zostanę kimś w rodzaju dzikowschodniej Stasi Bozowskiej. Tylko ten niewesoły finał pominę.
Za to, aby zwiększyć swoją wiarygodność, gotowa jestem wyglądać jak rasowa wiejska bibliotekarka i w tym celu zamierzam zacząć odziewać się w szare, zmechacone swetry, spod których wystawać musi koniecznie koronkowy kołnierzyk białej koszuli, w brązowe, babcine spódnice do pół łydki i rozkoszne, bure trzewiki. Czesać się będę, rzecz jasna, w gładki koczek, a na czubku nosa nosić będę okulary w ogromnych oprawkach. Planuję nawet sprawić sobie parasol z powyginanymi drutami i paltocik na słoty.
Muszę przyznać, że ten paltocik cieszy mnie chyba najbardziej.
Po to pisałaś tyle takich mądrych prac, żeby zostać bibliotekarką?
Ech, mój szacunek do wiadomo czego znowu przez Ciebie ucierpiał ;P
Obawiam się, że tydzień przystosowawczy przydałby się wszystkim uczestnikom tej radosnej imprezy. Łącznie z Boną. Stanowisko biblitekarki masz u mnie zaklepane w każdym razie. I nie nabijaj się z wiejskich przedsiębiorców, Oposie.
“Everyday, we be burnin’ not concernin’ what nobody wanna say
We be earnin’ Dollars turning cau we mind deh pon we pay
Some got gold and oil and diamonds all we got is Mary J
Legalize it, time you recognize it ” (a propos zdjęcia)
Jeśli będziesz się tak ubierać, nie dziwota, że jedyne co Ci pozostanie to bycie bibliotekarką na wschodzie, gdzie uczyć będziesz naszej polszczyzny Niemców, co przybywać będą do Natalien Spielhouse!
Cóż za wykwintne foto – wow, a okulary to już totalnie mnie pozytywnie zaskoczyły!
Mnie tylko zastanawia, cóż Ty zrobisz ze swoimi mackami, gdy już będziesz miała tę ciepłą posadkę, i jak im powiesz, jak im spojrzysz w oczy, gdy będziesz im mówić, żeś wybrała koczek gładki, przyznam szczerze – nie wyobrażam sobie tego gładkiego koczka bez macek ;p
Nie wolno Ci zapomnieć o grubych, nylonowych rajstopach z oczkiem na pięcie! ;P
Ależ jendrju, Twój szacunek powinien wzrosnąć – przeca jak ten Judym czy insza Stasia B. pracę u podstaw chcę krzewić! Edukować! Nauczać! Ten, no, kaganek nieść. Chwalebna misja, do której przygotuje mnie właśnie mój wymagający szacunku kierunek.
Natku, jakże bym mogła się nabijać? W końcu liczę na protekcję wiejskiego przedsiębiorcy, więc drwiny nie leżą w moim interesie ;]
impactofreality – to będzie tylko strój służbowy, dostosowany do wykonywanego zawodu. Po godzinach, w domowych pieleszach, mogę paradować choćby we frywolnych, skąpych, koronkowych fatałaszkach. Na które i tak masz szanse nie zwrócić uwagi, zmęczony po całodziennej pracy na mazurskiej roli, pieczeniu chleba i trudzie opieki nad kozą Gertrudą, którą będziemy mieć ;p Nie mówiąc już o doglądaniu naszej wesołej siódemki rozkosznie rozwydrzonych, półdzikich pociech :*
Color – wiesz, kariera zawodowa wymaga poświęceń. Z chłopaków gładkiego koczka nie zmajstruję, zresztą wiejska bibliotekarka nie może wyglądać jak zaginiona siostra Sean Paula ;]
Mag – oczywiście. Zrolowanych obowiązkowo na kolanach w malownicze fałdy ;D
Kręcą mnie wiejskie bibliotekarki.
Ależ po tym Twoim wymagającym szacunku kierunku to nigdy nikogo niczego pożytecznego nie nauczysz ;P
A wypełnianie rewersów? Obsługa katalogów kartkowych? Robienie opisów bibliograficznych? Ile osób posiada dziś te rzadkie umiejętności, hę? ;>
Rzadkie to nie to samo co pożyteczne. ;P
“opieki nad kozą Gertrudą, którą będziemy mieć ;p Nie mówiąc już o doglądaniu naszej wesołej siódemki rozkosznie rozwydrzonych, półdzikich pociech”
Ty mnie z jakimiś lingwistami mylnęłaś…
Nie, to nie. Sama sobie tę kozę hodować będę. I dzieci też, o! ;p
Biedna koza. I dzieci też ;p ;p