- Czy będzie panu przeszkadzało, jeśli zapalę?
- Ależ skąd, proszę.
- Dziękuję. Pan, jak rozumiem, niepalący?
- I owszem. Ale pani niech się nie krępuje.
•
Wbrew temu, co twierdzi regularnie pojawiający się w tym wirtualnym przybytku, głównie w celu szerzenia defetyzmu (choć – żeby oddać mu sprawiedliwość – przyznać wypada, że czyni to z niekłamanym wdziękiem), niejaki jendrju, nawet studia nierokujące żadnych nadziei na oszałamiający sukces w przyszłym życiu zawodowym, bo przeznaczone wyłącznie dla pasjonatów, zboczeńców, ludzi niepoczytalnych i tych, którzy uciekają przed wojskiem, mogą ubogacać. Serio. Za wynikające z owego faktu korzyści student takiego wybitnie nieżyciowego kierunku domu sobie co prawda nie wybuduje, komputera (w chwili obecnej na gwałt, zwany pisaniem Bardzo Mądrej Pracy, potrzebnego) nie kupi, wysublimowanego pożywienia konsumować nie będzie, za to do końca życia ma szansę podróżować na tramwajowych przycupkach, zamiast własnym samochodem, którego również sobie nie sprawi. Perspektywa ta nie umniejsza jednak satysfakcji i przyjemności, jaką dają intelektualne uniesienia i obcowanie z wiedzą – zdawałoby się – tajemną. Oraz bliskie kontakty z nie mniej tajemnymi postaciami.
Dowody? Proszę bardzo:
Jako dziewczę cokolwiek skrzywione z natury,
z dziwaczną namiętnością do literatury,
celebruję zawzięcie, zachłannie, gorąco
całą przyjemność ze studiów płynącą.
Siedząc więc na ten przykład przed PeTePeeNem,
chcąc odwlec jak najdłużej owo wydarzenie,
które zwie się pobytem w biblioteki gmachu
i na ogół upływa w atmosferze strachu,
zmieszanego z niesmakiem, niechęcią, zmęczeniem
i górującym nad wszystkim jedynym pragnieniem,
by zakończyć możliwie najprędzej tę mękę,
zarazem nie mogąc się zdobyć na udrękę,
aby wkroczyć do środka. Odwlekam więc w czasie
to, co nieuniknione. Przyroda w swej krasie
tym bardziej do lenistwa zachęca ochoczo.
Widząc więc na dziedzińcu ławeczkę uroczą,
zajmuję ją. Na zegarek spoglądam z ukosa,
chcąc przysiąść nie na dłużej, niż na papierosa.
Tuż przede mną – dumny – stoi na cokole
ten, którego wałkują dzieci w każdej szkole -
pan Adam Mickiewicz. Witam się nieśmiało,
licząc, że wybaczy tę niegrzeczność małą.
Pan Adam najwyraźniej nic przeciwko nie ma,
nie spuszcza ze mnie jednak swojego spojrzenia,
z uwagą śledząc moją tlącą się fajeczkę.
Obiecuję, że nie zajmę więcej, niż chwileczkę.
A jako, że z natury jestem honorowa,
dotrzymuję, rzecz jasna, raz danego słowa.
Gaszę niedopałek. Pan Adam zerka na to;
przysięgłabym nawet, że skinął z aprobatą
swą bujną czupryną. Żegnamy się w przyjaźni.
Wstaję z ławki czując, że jest mi jakby raźniej.
I do biblioteki wkraczam roześmiana -
zapaliłam w towarzystwie pana Adama!
Nie imputuj ;P
Widziałam Cię prawym okiem, jak szłam do Kapitałki! Będę się chwalić dzieciom, że widziałam autorkę Ody do papierosa, którą oczywiśnie znać będą z podręczników (które ja zamierzam układać mwahaha!) przy pracy twórczej!
Podjarałam się! ;P
Adam? Adamie, ja naprawdę starałam się pana twórczość polubić, naprawdę, ale czemu pan pojawia się na blogu sis? ;>
[...] biblioteki, którą odwiedziłam z zamiarem łupieżczym. Po zapaleniu na dziedzińcu tradycyjnego papierosa z panem Adamem, wkroczyłam dziarsko do gmachu PeTePeeNu i zaczęłam radośnie plądrować magazyn, wypisując [...]