Źle mi. To zaledwie kilka dni od kiedy go nie ma, a ja już tęsknię straszliwie, czując się jednocześnie jak wyrodna matka. Dręczą mnie okropne wyrzuty sumienia: że poświęcałam mu tak niewiele czasu, że rozmawiałam z nim zdecydowanie zbyt rzadko, skąpiłam dobrego słowa, irytując się i niecierpliwiąc, choć przecież doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że – choćby ze względu na jego podeszły wiek – wymaga on szczególnie dużej dawki czułości i zrozumienia.
G., który w swoim zachowaniu w stosunku do niego wykazywał na ogół rażącą niekonsekwencję, również nie jest tu bez winy. Zamiast spokojnie poczekać, zanim powoli acz sumiennie wywiąże się on z powierzonych mu obowiązków, G. zupełnie niepotrzebnie unosił się i klął, kierując pod jego adresem uwagi powszechnie uznawane za obraźliwe. Grożąc przy tym, że wyrzuci go przez okno. A potem, jak gdyby nigdy nic, kupował mu na ten przykład nowy wiatraczek, niby to na przeprosiny. Trudno takie zachowanie uznać za wychowawcze, czyż nie?
Nic dziwnego, że w końcu się zbuntował. Miał do tego pełne prawo, wszak nikt na dłuższą metę nie zniósłby takiego traktowania. Oboje z G. popełniliśmy wiele błędów, nie podołaliśmy trudom rodzicielstwa – teraz dostaliśmy nauczkę. Miejmy nadzieję, że nie wszystko stracone i uda nam się naprawić wzajemne stosunki, kiedy tylko do nas powróci. Niechże już wróci, nooo…
•
Od wtorku komputer G. jest w serwisie. Jeśli ten stan wkrótce nie ulegnie zmianie, oszalejemy.
Aby znaleźć sobie jakieś kreatywne zajęcie, pozwalające choć na moment zapomnieć o tym jakże dotkliwym braku, zdążyłam już: wyprać dready, pojechać na drugi koniec miasta w poszukiwaniu bandamek dla mojego brata, wybrać się na radosny szopingrajd, wydać mnóstwo pieniędzy na ciuchy, poczuć skruchę z tego powodu, pogodzić się z perspektywą życia w nędzy przez resztę miesiąca i przeczytać – po raz kolejny – Pod Mocnym Aniołem Pilcha. Poza tym obaliłam dwie książki do pracy magisterskiej, zgromadziłam do niej całkiem imponującą bibliografię, dopraszającą się bliższego rozpoznania i napisałam konspekt dla Szanownego Pana Promotora. Mam nawet za sobą nieudaną próbę samobójczą.
Nie wiem tylko, co poszło nie tak. Wydaje mi się bowiem, że wszystko zrobiłam, jak trzeba: pogadałam z lusterkiem, dowiedziałam się od niego, że nie tylko nie jestem najpiękniejsza na świecie (co było zresztą do przewidzenia), ale również nie posiadam komputera, więc de facto nie mam kontaktu z najlżejszym bodaj przejawem cywilizacji i – jednym słowem – dzikus jestem, z rozpaczy nażarłam się więc jabłek. W ilościach znacznych, dla pewności, że faktycznie się otruję i żaden przypadkowy, rzucający się od razu do całowania denatek książę nie pokrzyżuje mi planów.
Zgon, jak widać, nie nastąpił. Co przeoczyłam?
Jak dla mnie to przeoczyłaś to, że jabłkami zatruła się ta która była najpiękniejsza na świecie(i pewnie miała komputer) ;P
Ogryzek, najbardziej oczywista rzecz… -,-’
Dzień bez komputera, to dzień stracony. Ale ile lektur idzie przeczytać… :>
Współczuję całym moim uzależnionym serduszkiem :*
PS. Ta szata jest lepsza ;P
zawsze można oglądać jak działa pralka xD
Siostra, twarda bądź, jak ja wytrzymuję to i Ty dasz radę ^^
dało się zauważyć Groszkową tęsknotę za kompikiem, jak nas odwiedził w piątek. Biedactwa nie można było odciągnąć od monitora :P
Komputerek wrócił! Łiiiiii!!! :D
On działa! Skoro on może, to my też możemy!!! :D
wróciła cywilizacja, przeżyliście i teraz jesteście bogatsi o takie doświadczenie!! ;p
[...] mi tylko, gdy popełniam je na własnym, jedynym i niepowtarzalnym komputerze. Chociaż ma swoje fochy, jest jednak [...]