Są w życiu każdego, nawet najbardziej przyjaźnie nastawionego do świata człowieka takie chwile, kiedy marzy on o tym, by zostać seryjnym mordercą. Jako, że z natury bywam raczej zołzowata, zaś środków z gatunku odurzających, po których rzeczywistość wydaje się piękna a ludzie wspaniali, używać mi się nie zdarza, dni takie nawiedzają mnie stosunkowo często. Ich scenariusz znam więc na pamięć.
Zaczynają się one na ogół od rozpaczliwego zaspania. Oczywiście z winy budzika, który: a) nie zadzwonił, b) dzwonił zbyt cicho lub c) zadzwonił stanowczo za wcześnie. Tak czy owak winę zawsze ponosi on; to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Kropka.
Następnym punktem irytującego, porannego schematu, po pochłonięciu jednym haustem sprofanowanej pośpiechem kawy, błyskawicznym narzuceniu na siebie czegokolwiek ubraniopodobnego i skróconej wersji makijażu (niech Bóg błogosławi wynalazcy dreadów, których czesać nie trzeba…) jest przełajowy bieg na tramwaj. Podczas którego człowiek, usiłujący jakoś się ogarnąć, wścieka się jeszcze bardziej, zaplątawszy się na amen w kabel od słuchawek do empetrójki, w której koniecznie w tym momencie musiała skończyć się bateria. I zapalniczkę, jak na złość, też gdzieś wcięło…
Nie koniec na tym. W takie mordercze poranki wszystkie okoliczności przyrody zgodnie sprzysięgają się bowiem przeciw nieszczęsnej człeczynie, w związku z czym podróż tramwajem (przycupek, rzecz jasna, zajęty) także do najprzyjemniejszych nie należy. Przyczyn jest tu sporo. Moje ulubione: atak grupy przedszkolaków na wycieczce, żebrzące o pieniądze dzieciaki z akordeonem oraz tabun gimnazjalistów, szeroko i donośnie rozprawiających o pijackich doświadczeniach ubiegłej nocy, przy akompaniamencie nowych, fantastycznych dzwonków na komórkę, którymi trzeba pochwalić się kolegom, odtwarzanych na poziomie głośności wychwytywanym zapewne doskonale przez urządzenia NASA, względnie gimnazjalistek, zwierzających się sobie teatralnym szeptem, którego mocy mogłaby im pozazdrościć Whitney Houston w Sopocie, z dylematów sercowo-erotyczno-egzystencjalnych. Lub dowolna kombinacja wyżej wymienionych. Nic więc dziwnego, że na Moście Teatralnym człowiek z ulgą opuszcza ten przeuroczy środek lokomocji.
Na tym jednak nie kończą się przewidywane atrakcje. Tu pojawia się bowiem kolejny element, potęgujący irytację – stado tak zwanych spacerowiczów. Zaskakująca właściwość tej niezwykle licznej i wciąż prężnie rozwijającej się nacji polega mianowicie na tym, że przedstawiciele grupy po opuszczeniu tramwaju najpierw zastygają w pełnym liryzmu bezruchu (którego trwanie jest na ogół wprost proporcjonalne do stopnia twojego pośpiechu), a potem drobnym, leniwym, iście spacerowym kroczkiem zaczynają rozchodzić się w sobie tylko wiadomych kierunkach (z których przynajmniej jeden jest zbieżny z twoim). Zajmując przy tym całą wolną powierzchnię chodnika, więc wyminąć ich nie sposób, a na przepraszam nie reagują. Można co najwyżej staranować lub dreptać za nimi w niemej furii, licząc, że niebawem zmienią kierunek marszu na inny niż twój własny i kląć bezgłośnie.
Nawiasem mówiąc to nie do wiary, jak obfity i rozmaity zasób przekleństw człowiek odkrywa w sobie w takich sytuacjach. O znajomość niektórych z nich nawet by siebie nie podejrzewał. Tymczasem w dni takie jak ten napisanie dialogów do kolejnej części Psów nie stanowiłoby większego wyzwania. Podobnie jak wystartowanie w olimpiadzie, jeśli bieg przełajowy o podwyższonym stopniu trudności na dystansie Most Teatralny-Collegium Maius, podczas którego jednocześnie odpala się papierosa, szuka komórki w czeluściach torby i wymija idących ludzi, starając się przy okazji nie stracić życia pod kołami nadjeżdżających aut, stanie się kiedyś dyscypliną olimpijską. Czuję, że mogłabym mieć w niej spore szanse na medal.
O ile oczywiście nie będę odsiadywać wówczas wyroku za serię zabójstw. Porannych, spontanicznych i dokonanych ze szczególnym okrucieństwem.
Ja zaś pod wpływem różnych seriali często obmyślam jak można kogoś zamordować i nie zostać złapanym i na podstawie moich przemyśleń odradzam Ci takie spontaniczne mordowanie. ;>
No chyba, że zamontujesz sobie w parasolce pistolet na malutkie kulki z czymś bardzo trującym i dyskretnie będzie strzelać w tłumie w miejscach gdzie nie ma żadnych kamer.
z mojego doswiadczenia wiem:
a) sposob na tramwaj: najesc sie fasoli dnia poprzedniego (z racji ze jestes wege to nie powinno stanowic problemu)
b) sposob na spacerowiczow: grzecznie aczkolwiek stanowczo oswiadczyc publicznie ze ma sie:
ba) naladowana bron
bb) tyfus, kile, malarie i inne swinstwa
bc) spontaniczna kombinacje powyzszych
pozdrawiam:)
Zakatrup babcię-tarana!!!
jendrju – pomysł z parasolką fantastyczny. I do tego przegenialny w swej prostocie. Zatrute kulki w tłumie na przystanku – to jest to!
Tomuś – też niegłupie. Choć kłopotliwe towarzysko ;]
Mag – nie omieszkam. Zaopatrzę się tylko w uroczą parasolkę i mogę siać postrach. Nie będzie babcia-taran pluć nam w twarz! O!
Ha! Zrzędowatość się udziela, albo raczej wędruje ^^ a akordeonistę tramwajowego ujrzałam dzisiaj raz pierwszy w swym krótkim życiu – czyżby jakiś wieszcz zwiastujący treść notki? ;>
No niestety to nie jest mój pomysł.
Nie szkodzi, grunt, żeby skuteczny był ;]
Tylko musisz truciznę zdobyć tak, aby nie pozostawić śladów.
W sumie dawno o to nie pytałem, więc czy jak pójdziesz siedzieć za te morderstwa będę mógł wziąć Twoje płyty? :> Obiecuję przysyłać paczki z kawą świeżo mieloną!
impactofreality – a na co Ci moje płyty Heya i Nosowskiej na ten przykład? Poza tym już ja Cię znam. Jak zły szeląg Cię znam – gwizdniesz płyty i tyle kawy zobaczę ;p Nie zgadzam się!!!
Być może to nieodpowiednie miejsce i nie ten czas, ale :
http://www.fotosik.pl/showFullSize.php?id=bbb44b2c60cf8d93
ŁIIIII!!!
Na kawę jest zawsze odpowiedni czas i miejsce. Nawet, jeśli popija się ją w pasiaczku ;]
ha, jeśli staniesz się seryjnym mordercą to przynajmniej będę miała pewność, że wylądujemy w jednym kotle – słuchając gramy opisowej – Ty będziesz piać z zachwytu, a ja z żalu ;p
Myślisz, że za seryjne mordy ze szczególnym okrucieństwem mogą mnie czekać takie fantastyczne nagrody, jak gramatyka opisowa, ciągnąca się przez całą wieczność? To na pewno piekło? ;]
Mamy wylądować w jednym kotle? Albo w kotłach obok siebie? Si? Si. A że ja mam zawsze okrutnie to na pewno to będzie gramatyka opisowa, ale sis nie ciesz się, ona będzie po niemiecku, bite 10 godzin każdego dnia!!! ;p Możesz zacząć uczyć się niemieckiego, wtedy będziesz czerpać przyjemność z tych wykładów…
10 godzin dziennie dojczlandzkiej gramatyki? Po dojczlandzku? Przez całą wieczność??? o.0
Piekło. Jak w mordę strzelił. Już będę grzeczna!!! :0
No widzisz, piekło jak nic i innego nie będzie. A wykłady będzie prowadził sobowtór mojego wykładowcy profesora – po 70, czepiający się, że złośliwie na niego patrzę, niedosłyszący, zanudzający – ale przynajmniej będziemy we dwie ;p bo w grzeczność naszą nie wierzę ^^
[...] którzy zaglądają tu regularnie wiedzą, że wspominałam. Zastosowany przeze mnie zabieg stanowi podręcznikowy, prosty jak makaron do spaghetti, przykład [...]
[...] włożyć między bajki, bo nie czuję się ani trochę łagodniejsza. Ciągle mam ochotę zostać seryjnym mordercą, strzelającym o poranku do tłumu tylko dlatego, że jest poranek, nie przestałam wyładowywać [...]