o tym, że zostałam właścicielką rezerwatu
27 czerwiec, piątek
Muszę się do czegoś przyznać. Dłużej tego ukrywać nie sposób, zwłaszcza, że co bardziej przenikliwym postaciom, szwendającym się po sieci w celach rozmaitych, udało się już odkryć mój wstydliwie tajony sekret. Zdecydowałam się zatem wreszcie wyznać prawdę: dziękuję. nie słodzę to tylko przykrywka. Wszystkie pojawiające się tu zrzędzenia, marudzenia i gderania, złowieszcze wizje oraz poważne i mniej poważne refleksje, skoncentrowane zazwyczaj wokół mej nieskromnej osoby, to jedynie zasłona dymna. W rzeczywistości pokątnie prowadzę tu rezerwat dzikiej przyrody, w którym przetrzymuję nielegalnie osobliwości, należące do świata fauny i flory. Na całe szczęście dociekliwym internautom w końcu udało się rozszyfrować moją faktyczną działalność. Jestem pełna podziwu.
Czujni obrońcy praw zwierząt wzięli mnie sposobem – wytropiwszy za pomocą starego, dobrego wujka google. Wystarczy przyjrzeć się frazom wyszukiwarek z ostatnich trzydziestu dni. Opos w różnych formach przypadkowych pojawił się w nich 61 razy, w tym 9 razy w wersji nieprzyzwoitej, jako opos lekkich obyczajów. Co w sumie daje dwa koma zero trzy oposy dziennie, przetruchtujące dziarskim krokiem przez mój wirtualny przybytek. Wątpię, czy gdziekolwiek w Polsce można znaleźć miejsce, w którym szalałoby równie liczne stadko tych nadrzewnych leniśmierdzielków. Ponadto 16 razy znaleziono na moim blogasku dydelfa, raz psy maskotki i raz – nie mam pojęcia dlaczego – dorastanie gołębi. Zwierzyniec w komplecie.
Na tym jednak nie kończy się galeria wesołych ssaków. 5 razy przewinęli się tędy seryjni zabójcy, raz w zapisie alternatywnym, jako seryjni zabujcy. Podejrzewam, że ci ostatni mogli mieć jakiś niejasny związek z frazą, którą odkryłam w statystykach dziś rano: 19 zabójstw. Konia z rzędem, królestwo i pół księżniczki temu, kto zechce mi uprzejmie wyjaśnić, o co, do diabła, mogło chodzić autorowi tego intrygującego zwrotu.
Równie silną reprezentacją w statystykach pochwalić się może świat roślinny, przyprawiony wątkami gastronomicznymi, w którym bezapelacyjnie największą popularnością cieszą się truskawki. Frazy: smak truskawki, truskaweczki, truskawki co mają w sobie, coś o truskawkach, babka z truskawkami, truskawki kalorie oraz – skoro już o kaloriach mowa – wata cukrowa kalorie to tylko niektóre z nich.
Przy okazji analizy zwrotów, za sprawą których przypadkowym przechodniom udało się zawitać w moje skromne progi, odkryłam też – nie bez zdumienia – że nieświadomie prowadzę tu jakieś małe przedszkole albo co najmniej lokalną świetlicę. W dodatku o profilu muzycznym. Największą gwiazdą w tym radosnym towarzystwie okazały się być oczywiście Fasolki, których poszukiwano, wpisując: fasolki teksty “przez łąki przez pola”, dzwonki na komórkę fantazja fasolki, nuty ogórek zielony ma garniturek, aczkolwiek w tym nieoczekiwanym, blogowym kąciku wokalno-tanecznym, nie stanowiły one wyjątku. Szkoda tylko, że autor frazy red pink nieba skrawek daj mi – tekst niewątpliwie nie znalazł tu tego, czego szukał. Więcej szczęścia mogli mieć amatorzy baśni, pana Bettelheima i psychoanalizy, tropiący te zagadnienia we wszelkich możliwych formach oraz miłośnicy poezji pana Wojaczka.
Zdecydowanie najzabawniejszą kategorię wyszukiwarkowych cudów zostawiłam sobie jednak na deser. Totalny fristajl, zmuszający do poważnego zastanowienia nad tym, o czym ja, do panny lekkich obyczajów nędzy, właściwie piszę. I czy w ogóle jest sens kontynuowania tych pseudoliterackich zabaw, zważywszy na fakt, że frazy, dzięki którym zlokalizowano tego bloga, nie świadczą chyba najlepiej o kondycji umysłowej jego autorki: co mam tylko słodzić, rajstopy z oczkiem, jestem bibliotekarką blog 2008, idea cierpliwości – Platon, baśniowe reklamy, słownik prokrastynacja, kolumbijski brzydula, brak snu, spódnice do pół łydki, fajne teksty o grubych oraz moje ulubione, istne smakowitości: feng sushi nowe mieszkanie, Adam Mickiewicz palił kokainę i latające kłaczki w oku.
Muszę przyznać, że czym jak czym, ale tymi kłaczkami, feng sushi i koką pana Adama jestem lekko przerażona. Na tym zakończę więc tę inspirującą analizę statystyk. Której podjął się dla Państwa tłuściutki, futrzasty opos, ukrywający się sprytnie pod pseudonimem sis 
o historii literatury polskiej po hindusku
24 czerwiec, wtorek
Ja wiedziałam, że tak będzie. Chociaż zapierałam się rękami i nogami, historycznoliterackiej tradycji stało się zadość – jak co roku przedłużyłam sesję i do egzaminu z historii literatury podejdę dopiero we wrześniu. Na swoją obronę rzec mogę tylko nieśmiało, że tym razem mój wpływ na rozwój wydarzeń był raczej niewielki, z względnie czystym sumieniem zamierzam więc cieszyć się tymczasowymi wakacjami, pogodziwszy się już ostatecznie z myślą, że w trakcie mej edukacyjnej kariery nigdy nie dane mi będzie zaznać rozkoszy bezstresowego odpoczynku w pełnym, trzymiesięcznym wymiarze. Cóż, najwyraźniej każdemu według zasług.
Takie odwlekanie w czasie nieuniknionego ma jednakowoż także swoje dobre strony. Ja na ten przykład – głównie dzięki Color i jej kolekcji bollywoodzkich filmów, którymi raczyłyśmy się w trakcie minionego łikendu – opracowałam już cały scenariusz wrześniowego spotkania z przemiłą panią doktór habilitowaną. Przewidując, że jego przebieg będzie następujący:
Pokój 213, dziewiąta zero zero, trzeci września. Lekko zalękniona wkraczam do sali i zajmuję miejsce przy stole, dokładnie naprzeciwko pani doktór. Przez chwilę przyglądamy się sobie w milczeniu – ona obmyśla pytanie, ja bezgłośnie odmawiam zdrowaśkę. Cisza aż wibruje w uszach. I nagle gdzieś w tle zaczynają rozlegać się miarowe uderzenia w bębny – powolny, przytłumiony rytm, który stopniowo narasta, wywołując drżenie. Pani doktór płynnym ruchem podnosi się z miejsca, a cały pokój momentalnie wypełnia się światłem, padającym na jej brązowo-beżowe sari oraz ustawione pod ścianami kosze bajecznie kolorowych, egzotycznych kwiatów. Pani doktór powolnym, starannie przestudiowanym gestem wznosi ku górze ozdobione złotymi bransoletami ręce i, kręcąc biodrami z pasją, o którą nigdy w życiu bym jej nie podejrzewała, zadaje-wyśpiewuje mi pytanie: Proszę opowiedzieć o polskiej awangardzie z okresu dwudziestolecia międzywojennego. W języku hindi, rzecz jasna. Który – co również oczywiste – doskonale rozumiem.
Bębny dudnią coraz głośniej. Wstaję, zauważając ku swej uciesze, że zamiast czarnej, egzaminacyjnej spódnicy spowija mnie przepiękne, wściekle różowe sari, obficie i kunsztownie haftowane srebrną nitką, a wiatr, który zerwał się nagle w zamkniętym pomieszczeniu, malowniczo rozwiewa mi dready. Błyskam w uśmiechu oślepiająco białymi zębami. Bollydance czas zacząć!
Śpiewam. Wysokim, bollywoodzko rasowym, zawodzącym głosem odpowiadam na pytanie o awangardę okresu dwudziestolecia, a tuż za mną stuosobowa grupa futurystów odzianych w fioletowe garnitury gnie się, wije i gibie w starannie obmyślanym układzie choreograficznym. Uczta dla zmysłów – feeria barw, eksplozja świateł, kolorów, wzorów, istne szaleństwo! I refren, poprzedzony błyskawiczną zmianą dekoracji: ja, tym razem w kreacji słonecznie żółtej, wznosząc się na wyżyny swych umiejętności wokalnych, intonuję z pasją: miasto! masa! maszyna!, a futuryści, kręcąc biodrami w rytm wściekłych uderzeń bębnów, powtarzają za mną: miasto! – bum bum – masa! – bum bum – maszyna! – bum bum.
I nagle otwierają się drzwi – do pokoju wpada setka ponętnych doktorantek w bajecznie kolorowych sari, futuryści porywają je w ramiona, demonstrując swą taneczną biegłość także w zakresie duetów, a spomiędzy wirujących w zapamiętaniu par wyłania się nieoczekiwanie pan Przyboś we własnej, uderzająco podobnej do Shah Rukh Khana, osobie. Otacza ramieniem mą gibką kibić, tym razem całą w szkarłatach, i przyprawia o zawrót głowy. Patrzę z uwielbieniem w jego śniade lico i odpowiedź na pytanie o awangardę wyczytuję z jego zamglonych pożądaniem ócz. Tańczymy, a futuryści i doktorantki powtarzają skwapliwie naszą spektakularną choreografię. Miasto! – bum bum – masa! – bum bum – maszyna! – bum bum.

I nagle muzyka cichnie. Pani doktór zbliża się do mnie posuwistym, pełnym gracji krokiem, nucąc lirycznie czystym, wysokim głosem: Poproszę indeks. Postawię pani piątkę. Wzruszone doktorantki ronią łzy. Znów zrywa się wiatr, kolory eksplodują, błyszczą, jaśnieją, rozkwitają i wirują, bębny przybierają na sile, a my tańczymy – zmysłowo, miękko, z pasją…
•
Egzamin za dwa miesiące. Do tego czasu muszę nauczyć się tańczyć.
o tym, że nie wyglądam dobrze nago
20 czerwiec, piątek
Przyznaję to z żalem, ale chyba straszna ze mnie dzikuska. Co prawda przez ćwierćwiecze bez dwóch wiosen całkiem nieźle udawało mi się funkcjonować pomimo tej mojej dzikusowatości – rzekłabym nawet, że byłam względnie zadowolona z życia – ale wszystko wskazuje na to, że już najwyższy czas coś z sobą zrobić. Świat się tego najwyraźniej domaga.
Po czym wnoszę? Ano po tym, że nie dalej jak trzy dni temu postanowił dać mi kilka dyskretnych znaków, zatrudniając do tego celu pozornie niegroźnych posłańców. Kogoś na kształt trzech duchów z Opowieści Wigilijnej Dickensa. Wszystkie te postaci ewidentnie usiłowały przekonać mnie, że powinnam oderwać się wreszcie od naukowych świństw oraz rozkoszy intelektualnych i zająć bardziej przyziemnymi sferami swego życia, dotąd okrutnie zaniedbywanymi.
W rolę pierwszego ducha wcieliła się moja własna matka, wspierana radośnie przez panią ze sklepu z bielizną. Ta pierwsza uświadomiła mi, że całe skromne stadko moich – za przeproszeniem – staników nadaje się do wymiany, zaś druga, że rozdziewającą się o tyleż ochoczo co spektakularnie bohaterką romansów ze świntuchowatymi wstawkami, produkowanych hurtowo przez Norę Roberts, to ci ja nie będę. Tylko względna internetowa anonimowość pozwala mi się do tego przyznać: napchane gąbką i przystrojone dla niepoznaki wstążkami 75B. I ani ociupinki więcej. Graniczące z obłędem pożądanie mogę wzbudzać co najwyżej w producentach puszapów.
W roli następnego widma-straszaka wystąpił kiosk na dworcu. Bez uprzedzenia zaatakował mnie, nie dając jakichkolwiek szans na obronę i otoczywszy z każdej strony babskimi pismami, obezwładnił hasłami: W to lato bądź sexy!, 49 fasonów sukienek, które musisz mieć, aby się podobać, Znajdź jego punkt G!. A ja z wrażenia zgłupiałam. Przez chwilę poważnie zastanawiałam się nawet nad zakupem którejś z tych gazet, bo może dzięki niej dowiedziałabym się, co robię nie tak. Skoro każą mi być sexy to chyba oznacza, że póki co sexy nie jestem. Może właśnie to uniemożliwia mi rzekome poszukiwania jego punktu G i wpływa na jakość całego mojego życia, z Bardzo Mądrymi Pracami i odżywianiem włącznie?
Po dłuższym namyśle uznałam jednak, że jeśli do tego, aby się podobać, potrzeba mi aż 49 różnych fasonów sukienek, to ja za takie podobanie uprzejmie podziękuję, bo to kompletnie nieopłacalny interes. Jakie jest bowiem prawdopodobieństwo, że koszta, zainwestowane w te wszystkie kiecki, mi się zwrócą, bo spodobam się na przykład jakiemuś obrzydliwie bogatemu potentatowi naftowemu? Hę?
Niezrażony moją niechęcią do umilenia sobie podróży pociągiem lekturą babskich pism los zesłał mi więc trzeciego ducha. W którego tym razem wcielił się sam Gok Wan – co prawda w wersji odrobinę mniej azjatyckiej i odrobinę bardziej heteroseksualnej, jakkolwiek we własnej osobie. Wszedł do przedziału, rozejrzał się od niechcenia, po czym radośnie zajął miejsce dokładnie naprzeciwko mnie, mierząc mnie z dezaprobatą swym stylizatorskim, całkowicie wypranym z pozaprofesjonalnego zainteresowania spojrzeniem. Przysięgłabym, że zastanawiał się, jakiej gaży musiałby zażądać, aby sprawić, by moje roznegliżowane zdjęcie, znalazłszy się na billboardzie w centrum miasta, nie straszyło przypadkowych przechodniów. I czy porwanie się na takie przedsięwzięcie nie byłoby dla niego czasem zawodowym samobójstwem.
Muszę przyznać, że nie spodobało mi się to. Udałam więc, że nie zauważyłam zesłanego mi przez niebiosa Gok Wana we własnej osobie i, wykazując godną pożałowania obojętność wobec możliwości stania się boginią seksu, zagłębiłam się w lekturze, kompletnie ignorując swego towarzysza podróży. Towarzysz po dwudziestu minutach wysiadł w Chodzieży.
A ja, jak ten dzikus, dalej niewzruszenie czytałam Nałkowską. I jak ja mam wobec tego dobrze wyglądać nago??

