ubolewania, wpisujące się w niezwykle inspirujący nurt narzekań na niedogodności sesyjno-atmosferyczne:
Nie lubię upałów. Temperatury powyżej dwudziestu pięciu stopni doprowadzają mnie do szału i uniemożliwiają normalne funkcjonowanie.
Nie znoszę tego wstrętnego, lepko-kleistego uczucia, które pojawia się już pięć minut po wyjściu spod prysznica, rodząc nieodpartą chęć wstawienia sobie pod wspomniane urządzenie stołeczka i zamieszkania w tak zorganizowanej kryjówce do momentu nastania lepszych czasów. Równie kuszącą opcją wydaje się być lodówka. Obawiam się jednak, że – bezwstydnie rozleniwiona piekielnym skwarem – raczej nie zdobyłabym się na wysiłek zarządzenia zbiorowej eksmisji pasztetów sojowych, mleka, ogórka i rzodkiewek, aby zaanektować sobie jakiś miły, lodówkowy kącik, zagarnięty od wypędzonych. Za dużo zachodu.
Nie cierpię uczyć się w taką pogodę. Wygląda więc na to, że do końca sesji przyjdzie mi żyć w trybie nocnym, bo przy tak dzikich temperaturach jestem w stanie podejmować czynności naukowe dopiero późnym popołudniem. Czyli gdzieś kole dwudziestej trzeciej. Wcześniej nie dość, że nie potrafię przyswoić żadnych nowych informacji, to jeszcze do tego odczuwam efekty postępującego durnienia. Zupełnie, jakby wiedza parowała ze mnie razem z innymi życiodajnymi substancjami, które traci się pod wpływem upału. Niezależnie od tego, w co człowiek się ubierze. Albo raczej: jak bardzo się rozbierze.
Nie znoszę letniego obnażania się. Do pasji doprowadzają mnie poranne medytacje nad szafą pełną ubrań, zakończone łatwą do przewidzenia generalną konkluzją. Werbalizowaną na ogół w formie jednego, krótkiego, rozpaczliwego okrzyku, w którym zawiera się cały ból istnienia setek milionów kobiet na całym świecie: Nie mam co na siebie włożyć!
A nawet jeżeli mam, we wszystkim wyglądam grubo, bo frywolne, letnie kiecuszki i leciutkie bluzeczki zostawiają bardzo niewielkie pole do popisu dla praktykowanych z powodzeniem w innych okolicznościach przyrody technik maskujących. Dlatego myśl, że jestem niższa od Kate Moss o cztery centymetry, a mimo to ważę całe pięć kilogramów więcej niż ona, latem doskwiera mi bardziej niż kiedykolwiek (wszystkim, którzy uważają, że to niedużo, proponuję przytargać do domu pięć kilo ziemniaków, a potem spróbować wtrząchnąć je na jedno posiedzenie – wtedy pogadamy).
Nie lubię upałów…
W taką pogodę jak dziś jedyne, co lubię, to drinki z palemką i malować paznokcie.

Sis in arms ;)
25 stopni to nie upał, 5 kg to mało,. Letnie obnażania się jest jak najbardziej ok.
Ze wzgledu na gadu-gadowe shameless self-promotion, dam głos.
Otóż i wschodnich rubieży nie ominęła fala upłów, a ich mieszkańcy w pełnym słońcu kopią rowy, sieją trawę, malują płoty, tynkują domy i gonią psy. Zamiast drinków z palemką piją sikowate piwo, a paznokcie malują niechcący lakierobejcą.
Widzisz- mogło być gorzej.
A co Ty sobie takie fikuśne oczka poczyniła? o.O
Kate Moss to patyk, to, że w ubraniach nie wyglądasz jak wieszak, na którym uprzednio się znajdowały, nie świadczy o tym, żeś gruba. A eksperyment z ziemniakami sucks.
Ty i tak jesteś w dobrej sytuacji z Kate, weź popatrz ile mi brakuje do Heidi ;p i wtedy pogadamy^^
poza tym jak się uczyć to tylko w nocy, w dzień nie ma warunków, bo za bardzo praży (nawet u mnie na wschodzie, gdzie mrozy długo się utrzymują, słońce przygrzewa jak szalone), bo to trzeba powietrza poszukać świeżego, co by tu można go było powdychać, a nie tylko skwar łapać.
A i czy mogę z Tobą razem wskoczyć pod parasolkę, malować paznokcie i pleść warkocze? ;>
Jak Ty jesteś gruba, to ja jestem japońska cesarzowa z XVI wieku ;]