Osobliwości, dziwy i cuda tego świata dzielą się na trzy kategorie: na takie, którymi stanowczo powinna zainteresować się Strefa 11, takie, o których nie śniło się filozofom oraz takie, o których być może nawet im się śniło, ale nigdy nie podejrzewali, że zostaną z nimi w jakikolwiek sposób powiązani. Do trzeciej z wymienionych kategorii należą bez wątpienia truskawki.
Wczoraj miałam okazję je jeść, po raz
pierwszy w tym roku (łiii!!). A właściwie: zostałam nimi nakarmiona. Oczywiście przez G. Cała scena zyskałaby zapewne na pikanterii, gdybym nie pochylała się akurat nad koszem na śmieci, zajęta obieraniem marchewki na obiad, a zamiast tego spoczywała na przykład na obszernym łożu, spowita w swej nagości jedynie w malowniczo udrapowane atłasy i jedwabie, pozostawiające rozległe pole dla wyobraźni, z chłodzącą się w pobliżu butelką szampana, płatkami kwiatów, rozsypanymi w starannie przemyślaną, asymetryczną kompozycję i innymi niezbędnymi w takich sytuacjach akcesoriami, na których – jako baba łącząca celebrację pierwszych truskawek z obieraniem marchwi – nie bardzo się znam. Ale nie bądźmy drobiazgowi. Wszak nie o świntuszonko, a o ideę tu chodzi.
Pierwsze truskawki mają w sobie coś nieuchwytnego. Najpierw nęcą zapachem – intensywnym, rozpływającym się na języku, uruchamiającym natychmiast całą serię skojarzeń: wakacje, rozbite kolana, zabawa w chowanego między garażami, bluza, zrzucana przez okno przez zatroskaną mamę, bo wieczorami robi się chłodno… Następnie kuszą kolorem, eksplozją czerwoności z zieloną, zawadiacką czuprynką. A na końcu pojawia się smak…
I coś na kształt rozczarowania. To na to czekaliśmy cały rok? Tego
pragnęliśmy przez całą zimę, krążąc wokół stoiska z mrożonkami i tęsknie popatrując na smętne, zmarznięte na kość, paczkowane substytuty tych jedynych słusznych i prawdziwych truskawek? Wspomnienie tego doprowadzało do szału ślinianki, które zaczynały wściekle pracować na sam widok dmuchanych, Bóg wie czym pasionych wynaturzeń, sprzedawanych marcową porą w cenie 15 złotych za zmutowany koszyczek?
Czas wreszcie powiedzieć prawdę: w długie, zimowe wieczory wcale nie marzymy o truskawkach. Marzymy o idei truskawek. Potrafimy odtworzyć w pamięci ich rzeczywisty kolor i kształt, ale smak, który z utęsknieniem przywołujemy, nie jest prawdziwym smakiem czerwcowych truskawek – jest jego zwielokrotnieniem, oszukańczą multiplikacją, rodzajem intelektualnej hiperboli, stworzonej przez oczekujący umysł.
Według Platona świat materialny to tylko niedokładne, wypaczone odbicie doskonałego świata idei. Rzeczywistość jest cieniem, mętnym obrazem, widzianym w migotliwym świetle świecy. Ułamkiem pierwotnego, idealnego świata. Kamień jest zatem jedynie odbiciem idei kamienia, żaba jest odbiciem idei żaby, a smak truskawek stanowi zaledwie budzącą rozczarowanie namiastkę ich idealnego smaku, za którym tęsknimy.
Do V w. p. n. e. kamień z całą pewnością był po prostu kamieniem, żaba była żabą, zaś truskawki – niezależnie od tego, czy jedzone w czerwcu, czy wspominane w grudniu – miały zawsze ten sam smak. Cholerny Platon.

Platon śmierdzi. A prawdziwe truskawki są pycha i basta :)
truskawki rządzą, nieważne jak smakują i jaki mają kolor – rządzą, bo są truskawkami, taką mają przewagę nad nami ;p
a ja wczoraj po raz pierwszy najadłam się czereśni, wcale nie smakowały jak czereśnie, ale pycha były xD
Obieranie marchewki też może być romantyczne. ;)
To raczej idee, pozostające w głowie, są mętnym i wypaczonym cieniem rzeczywistości, jaką są smaczne i zdrowe truskaweczki. xD
Platonowi się w głowie wywróciło. ^^
Co się stało z wpisem, w którym planujesz wybić połowę pracowników swojej uczelni?
Czy Ty aby nie sugerujesz, że Platon jest odpowiedzialny za niesmakowitość holenderskich truskawek, sztuczne barwniki i wodę w szynkach? o.O
Nie Platon, po prostu filozofia, bo nawet gdyby Platon tak nie narozrabiał to pewnie zrobiłby to inny filozof.
Wpis będzie, cierpliwości – przyjemność trzeba dozować ;]
No właśnie. Gdyby nie Platon nie mielibyśmy pojęcia o ideach – świat byłby po prostu światem a truskawki truskawkami. A tak, truskawki niby są i niby są pyszne, ale jest tez ich idea, niedostępna, wygenerowana w stęsknionym umyśle, przewyższająca ich rzeczywisty smak.
[...] wszystko co sobie wyobrażamy czekając na pojawienie się sezonowych owoców i warzyw, to zaledwie idee. Jednakowoż po wszamaniu wymienionych potraw muszę zaoponować – istnieją ich rzeczywiste, [...]