Uczciwie uprzedzam: proszę się zbyt wiele po tej notce nie spodziewać. Nie ma ona bowiem ambicji, by być czymś więcej, niż jest, a więc jedynie spontanicznym przejawem dzikiej, nieokiełznanej radości. I tyle.
Mogłabym co prawda postarać się nieco bardziej i gdzieś na marginesie tej niemądrej uciechy – dla przyzwoitości – umieścić choćby skrawek jakichś błyskotliwych refleksji, dotyczących na przykład fallocentrycznego modelu kultury, waginalnej interpretacji pantofelka, zgubionego przez Kopciuszka czy efektów uczenia języka migowego wzruszająco mądrej szympansicy Washoe oraz jej gorylego kumpla Kanziego, dzięki którym – małpim swędem – udało mi się zdać na piątkę egzamin z biologicznych podstaw języka. Mogłabym, ale – prawdę mówiąc – nie chce mi się. Poza tym wszystko to marność, a cały ten ogrom Niebywale Interesujących Informacji, który zmuszona byłam w ciągu ostatnich paru dni przyswoić, aby zachować szanse na planowane już od dawna rozbicie uczelnianego banku, żałośnie blednie w obliczu jednego, nieprawdopodobnie istotnego faktu – nareszcie się wyspałam! Łii!!!
Kto nigdy nie miał okazji funkcjonować przez tydzień na napędzie kofeinowo-adrenalinowym, nie zrozumie, do jakiego błogostanu potrafi doprowadzić przespanie całej, caluteńkiej, długiej nocy, w dodatku zakończonej nie upiornymi dźwiękami budzika, ale leniwym i dobrowolnym przebudzeniem. I prawdopodobnie nie pojmie, jakim torturom poddawani byli w trakcie przesłuchań ci nasi biedni filomaci, kiedy to przez wiele godzin zabraniano im spać. Nic dziwnego, że po takim udręczeniu sypali wszystkich kumpli jak leci – opór w takiej sytuacji wymagałby chyba nadludzkiej wytrzymałości.
Nie dalej jak wczoraj sama byłam gotowa przyznać się do wszystkich przewin, łącznie z tymi niepopełnionymi. Poczynając od tego, że w dzieciństwie, w okolicach lat pięciu, korzystając z nieuwagi babci, która czuwała nad porządkiem naszych kolacji, namiętnie wyżerałam mojemu młodszemu bratu waniliowy serek homogenizowany, taki w kwadratowym pudełeczku, konsumując jednocześnie swój własny i z premedytacją wmawiałam mu, że kiwi smakują jak ogórki, żeby zagarnąć wszystkie dla siebie. A do tego podczas każdej z naszych wspólnych zabaw jemu nieodmiennie przypadała w udziale ta brzydsza Barbie, zwana Pamelą Sue Martin, która w toku rozgrywanej historii, niezależnie od okoliczności, była w dodatku tą głupszą bohaterką…
Podejrzewam, że po dłuższym zastanowieniu znalazłabym jeszcze całą masę podobnych grzeszków, ale – jak już wspomniałam – w końcu udało mi się porządnie wyspać. Na tym zakończę więc te cokolwiek wstydliwe zeznania.
Z racji tego, że matuś sesja wciąż jeszcze miłościwie nam panuje, a mnie został do zdania jeden wyjątkowo okrutny egzamin, przeczuwam, że już niebawem czeka mnie powtórka z rozrywki i kolejny taki bezsenny maraton. Wtedy pewnie bez oporów opowiem, jak w wieku lat trzech po raz pierwszy dopuściłam się publicznego użycia słowa, oznaczającego pannę lekkich obyczajów, doświadczającą rozkoszy macierzyństwa i dlaczego w trzeciej klasie podstawówki złamałam koledze kciuka jednym solidnym kopniakiem.
A póki co – udawajmy, że nic nie mówiłam. Dobrze?
Sen to podstawa. Zwłaszcza, jak śni się Damięcki ;P
A nowy lajołt niech już zostanie. Przejrzysty, jasny, czytelny. Miau! :)
Myślę, że rozmowa z rowerem nie jest dobrym pomysłem na osiągnięcie z nim jedni. Wszak niejacy mistycy, by porozumieć się z mchem za fijołki się przebierali i żadna nieistotna, np. gatunkowo-rodzajowa, przeszkoda nie stawała im na drodze.
W takim razie za co ja bym musiała się przebrać, aby zespolić się z mym rowerem: za dętkę? Albo, polityczna poprawności – wybacz mi!, za pedał? Wówczas mogłoby się okazać, że jednak ta lewa ręka jest siedliskiem zła. I do cyklistki oraz lewaka dołączyłaby pederastka.
Ech. Coś mi ta lewa, dla odmiany, półkula mózgu nie służy – głupoty wypisuję.
Chyba też przydałaby mi się cała noc niezmąconego niczym snu. :>
Wystarczy pozwolić zaprosić się na wesele z poprawinami, by uzyskać stan nieprzespania nocy i wyższe stany świadomości… Niekoniecznie racząc się alkoholem
Eee tam, po co się wysypiać skoro i tak za chwilę spać się nie będzie.
Lejałcik przez jakiś czas będzie, bo pasuje mi tu ;]
Roślinko – może i bez przebrania się da? Z tego, co wiem, rowery są zwolennikami szczerości, bądź sobą, one są wyrozumiałe, na pewno dojdziecie do porozumienia ;D
Lunetariusie – tyle, że wesele to jednak milsza perspektywa, niż baśnie interdyscyplinarne na przykład. Po tym to dopiero wykształca się inny stan świadomości. I mocne postanowienie nieopowiadania nigdy, przenigdy przyszłym dzieciom o Kopciuszku i Śnieżce. Toż to same świństwa są!
impact – ale można się chociaż paść wspomnieniem, ideą snu ;]
sis, a co to znaczy wyspać się? ;>
Już niedługo się dowiesz, Colorku. Mówię Ci, boskie uczucie ^^
Ciekawy blog, dodalem go do ulubionych, bede tu wpadal czesciej