Mój przedłużony łikend w domu powoli dobiega końca. Zjechałam tu z myślą wylenienia się i naodpoczywania za wszystkie czasy, a tymczasem znów mam za sobą kilka niezwykle pracowitych dni. W trakcie których:
Po pierwsze: postawiłam dom. Piękny, piętrowy, usytuowany w luksusowej części miasta. Łakomy kąsek dla wszystkich, zastanawiających się właśnie nad kupnem nieruchomości – z czterema sypialniami, trzema łazienkami, ogromną kuchnią, obszernym jadalnio-salonem i urokliwym ogrodem do zagospodarowania wedle własnego uznania. Całość wybudowana z zachowaniem wszelkich standardów unijnych oraz urządzona według najmodniejszych trendów dekoratorskich i zgodnie z zasadami feng shui. Sushi i tai chi pewnie też.
Po drugie: zarządziłam błyskawiczną przeprowadzkę. Mieszkańcy stworzonego przeze mnie cudu budownictwa niestety nie podzielali mojego zachwytu, w związku z czym po kilku dniach, szczelnie wypełnionych marudzeniem, grymaszeniem i zrzędzeniem, zmuszona byłam – z bólem serca – spakować ich manatki i znaleźć im nowe lokum. A potem urządzić je tak, by zaspokoić ich cokolwiek snobistyczne gusta. Na szczęście teraz nie mają zastrzeżeń i wydają się być zadowoleni. Ja trochę mniej – nie zapłacili mi za nadgodziny.
Po trzecie: dorobiłam się kota. Nie w głowie, ssaka takiego. Zwierzak jest tłusty, rozkosznie pstrokaty i nosi dumne imię Humboldt. Jest przy tym małym diablęciem, bo z uporem godnym lepszej sprawy opiera się wszelkim działaniom wychowawczym i z upodobaniem drapie sprzęty domowe – ze szczególnym uwzględnieniem foteli, wyżera pozostawione na stole kanapki wprost z talerza, a całe dnie spędza rozsiadłszy się wygodnie na kuchennym blacie. Ale tli się we mnie jeszcze nadzieja na ucywilizowanie go – wczoraj na ten przykład nauczył się korzystać z kuwetki. Jestem z niego dumna.
Po czwarte: rozpoczęłam zakrojoną na szeroką skalę akcję, mającą na celu wkupienie się w łaski lokalnej społeczności. Póki co mam już za sobą kilka sąsiedzkich wizyt, a ich pomyślny przebieg pozwala mi mniemać, że jestem na najlepszej drodze do zawarcia nowych przyjaźni. Chyba muszę nauczyć się piec ciasteczka – ugoszczę nimi sąsiadki, gdy następnym razem wpadną na ploteczki.
Po piąte: zostanę matką chrzestną! Co prawda mój udział w samym akcie poczęcia był znikomy, ale to ja zorganizowałam przyszłym rodzicom całą sprzyjającą powoływaniu do życia nowego istnienia oprawę. Zadbałam o romantyczny nastrój, zapewniłam intymną atmosferę, przepędziłam potencjalnych podglądaczy, uważam więc, że mam prawo być z siebie dumna.
Toteż jestem. Ze wszystkich tych Niezwykle Podniosłych Czynów, których udało mi się dokonać w ostatnich dniach.
•
W piątek, po ośmiu miesiącach bycia czystą, nie wytrzymałam i powróciłam do nałogu. Włączyłam Simsy.
Nic się nie zmieniło. Zabawa w Boga nadal jest cudowna.
Mwahaha!


A ja nadal czekam na Diablo III, to że komputer mój nie będzie spełniał nawet połowy wymagań tego co ta gra będzie potrzebowała nie przeszkadza mi w oczekiwaniu…
śimsy śimsy śiiimsyyyyy!! ]:-> nie stworzono jeszcze lepszej od nich gry :D
Wakacje się niedługo zaczynają, więc chyba też w coś sobie pogram.
Sesja. Jak wrócę do Baldur’s Gate II, to już do września nie wychynę z domu :P Natchnęłaś mnie :]
Ja wrócę do Wiedźmina. Będzie to moja trzecia próba ukończenia tej gry. Pierwsze dwie z braku czasu (gierka czasochłonna dosyć jest) się nie powiodły.
100 lat, 100 lat, niech żyje, żyje nam!!!
jeszcze po kropelce, jeszcze po kropelce…
Hihi, a kiedy ich wybijesz? ;> doprowadzisz do ruiny? ;> Nie żebym Cię podpuszczała, ale wiesz jak jest ;p
Ja nie wybijam Simów, ja tworzę historie, kieruję ich życiem, nawiązuję przyjaźnie i dopuszczam się zdrad – jestem Bogiem tworzącym “Modę na sukces” ;]
A dla niepoznaki zostawiam im trochę wolnej woli, chociaż sama wiem, co dla nich najlepsze.
charonie, zazdroszczę Ci tego Wiedźmina ^^
sis, Ty szatanie. Przez Ciebie wrócę do Baldura, sesja się skończyła, łiiii! ^^