Ja wiedziałam, że tak będzie. Chociaż zapierałam się rękami i nogami, historycznoliterackiej tradycji stało się zadość – jak co roku przedłużyłam sesję i do egzaminu z historii literatury podejdę dopiero we wrześniu. Na swoją obronę rzec mogę tylko nieśmiało, że tym razem mój wpływ na rozwój wydarzeń był raczej niewielki, z względnie czystym sumieniem zamierzam więc cieszyć się tymczasowymi wakacjami, pogodziwszy się już ostatecznie z myślą, że w trakcie mej edukacyjnej kariery nigdy nie dane mi będzie zaznać rozkoszy bezstresowego odpoczynku w pełnym, trzymiesięcznym wymiarze. Cóż, najwyraźniej każdemu według zasług.
Takie odwlekanie w czasie nieuniknionego ma jednakowoż także swoje dobre strony. Ja na ten przykład – głównie dzięki Color i jej kolekcji bollywoodzkich filmów, którymi raczyłyśmy się w trakcie minionego łikendu – opracowałam już cały scenariusz wrześniowego spotkania z przemiłą panią doktór habilitowaną. Przewidując, że jego przebieg będzie następujący:
Pokój 213, dziewiąta zero zero, trzeci września. Lekko zalękniona wkraczam do sali i zajmuję miejsce przy stole, dokładnie naprzeciwko pani doktór. Przez chwilę przyglądamy się sobie w milczeniu – ona obmyśla pytanie, ja bezgłośnie odmawiam zdrowaśkę. Cisza aż wibruje w uszach. I nagle gdzieś w tle zaczynają rozlegać się miarowe uderzenia w bębny – powolny, przytłumiony rytm, który stopniowo narasta, wywołując drżenie. Pani doktór płynnym ruchem podnosi się z miejsca, a cały pokój momentalnie wypełnia się światłem, padającym na jej brązowo-beżowe sari oraz ustawione pod ścianami kosze bajecznie kolorowych, egzotycznych kwiatów. Pani doktór powolnym, starannie przestudiowanym gestem wznosi ku górze ozdobione złotymi bransoletami ręce i, kręcąc biodrami z pasją, o którą nigdy w życiu bym jej nie podejrzewała, zadaje-wyśpiewuje mi pytanie: Proszę opowiedzieć o polskiej awangardzie z okresu dwudziestolecia międzywojennego. W języku hindi, rzecz jasna. Który – co również oczywiste – doskonale rozumiem.
Bębny dudnią coraz głośniej. Wstaję, zauważając ku swej uciesze, że zamiast czarnej, egzaminacyjnej spódnicy spowija mnie przepiękne, wściekle różowe sari, obficie i kunsztownie haftowane srebrną nitką, a wiatr, który zerwał się nagle w zamkniętym pomieszczeniu, malowniczo rozwiewa mi dready. Błyskam w uśmiechu oślepiająco białymi zębami. Bollydance czas zacząć!
Śpiewam. Wysokim, bollywoodzko rasowym, zawodzącym głosem odpowiadam na pytanie o awangardę okresu dwudziestolecia, a tuż za mną stuosobowa grupa futurystów odzianych w fioletowe garnitury gnie się, wije i gibie w starannie obmyślanym układzie choreograficznym. Uczta dla zmysłów – feeria barw, eksplozja świateł, kolorów, wzorów, istne szaleństwo! I refren, poprzedzony błyskawiczną zmianą dekoracji: ja, tym razem w kreacji słonecznie żółtej, wznosząc się na wyżyny swych umiejętności wokalnych, intonuję z pasją: miasto! masa! maszyna!, a futuryści, kręcąc biodrami w rytm wściekłych uderzeń bębnów, powtarzają za mną: miasto! – bum bum – masa! – bum bum – maszyna! – bum bum.
I nagle otwierają się drzwi – do pokoju wpada setka ponętnych doktorantek w bajecznie kolorowych sari, futuryści porywają je w ramiona, demonstrując swą taneczną biegłość także w zakresie duetów, a spomiędzy wirujących w zapamiętaniu par wyłania się nieoczekiwanie pan Przyboś we własnej, uderzająco podobnej do Shah Rukh Khana, osobie. Otacza ramieniem mą gibką kibić, tym razem całą w szkarłatach, i przyprawia o zawrót głowy. Patrzę z uwielbieniem w jego śniade lico i odpowiedź na pytanie o awangardę wyczytuję z jego zamglonych pożądaniem ócz. Tańczymy, a futuryści i doktorantki powtarzają skwapliwie naszą spektakularną choreografię. Miasto! – bum bum – masa! – bum bum – maszyna! – bum bum.

I nagle muzyka cichnie. Pani doktór zbliża się do mnie posuwistym, pełnym gracji krokiem, nucąc lirycznie czystym, wysokim głosem: Poproszę indeks. Postawię pani piątkę. Wzruszone doktorantki ronią łzy. Znów zrywa się wiatr, kolory eksplodują, błyszczą, jaśnieją, rozkwitają i wirują, bębny przybierają na sile, a my tańczymy – zmysłowo, miękko, z pasją…
•
Egzamin za dwa miesiące. Do tego czasu muszę nauczyć się tańczyć.
Ja mam za dwa dni. Jutro zacznę się uczyć.
A jeśli już o Bolly mowa – to moja wielka miłość:
http://www.youtube.com/watch?v=hq2V_7fReqk
LOVE :D
Koniecznie wyślij ten scenariusz do Bollywoodu .Masz u nich pracę zapewnioną ,albo jako autorka , albo jako tancowatka.
Gooniaa!! To jest przeurocze!! Jako wielka fanka bolly muszę przyznać, że wyszło Ci to wszystko iście po bollywoodzku ;D czujesz ducha tych filmów, jeaa! Przyboś jako alter ego Shah Rukh Khana, Ty w sari śpiewająca, futuryści w marynarkach fioletowych, tańczące doktorantki – zachwyt, zachwyt, szał, istny szał – ja to widzę, bo ta notka porywa mnie do tańca ;D Miasto! – bum bum – masa! – bum bum – maszyna! Ha, zapisujemy się na bollydance ;D teraz się nie wykręcisz ;D
o, tak, to będzie piękny egzamin ^^
aż uroniłam łezkę. wcale nie dlatego, że zakropiłam oczy wścieklepiekącymi kropelkami ;)
Padłam! Leżę i kwiczę! Nie ma to jak Bollywood na pap… tfu, na monitorze! xD jak już się pozbieram, to może napiszę coś po ludzku xD
Mag – trzymam kciuki ;]
Wie ktoś, gdzie w Poznaniu organizują kursy bollydance? Teraz już się chyba, cholera, nie wykręcę ^^
Cywilizacja europejska chyli się ku upadkowi…
Póki co na razie jeszcze większość fanów Bollywood jeszcze się asekuruje, zabezpiecza usprawiedliwia i podkreśla, zaznacza,wskazuje, że owszem Bollywood lubi, ale wie że to kicz. Jednak już wkrótce, niedługo nic już nie będzie takie samo.
Zgroza! Czy ja dobrze widzę? RSS z Lasta?
Na tym polega postmodernistyczne podejście do Bolly i kiczu w ogóle – wartościowanie zastępuje opis. A skoro nie ma deprecjonowania, można się bezkarnie zachwycać, zasłaniając się ponowoczesnością ;>
Ano z lasta, z lasta. Skoro lansuję się w sieci, niechże to będzie lans w pełnym wymiarze ;]
To będzie już z 7 lat od kiedy polonista polecił, aby się zainteresować co to jest ten postmodernizm i o to na tym słiiiiiiit blogasku czegoś się dowiedziałem. Bycie trendi kształci^^
Z drugiej strony ja będę tylko prostym inżynierem i żadna ponowoczesność do szczęścia (w tym wypadku do obejrzenia filmu z Bolly) nie jest mi potrzebna.
Ten lans.fm to następna rzecz w internecie która mnie przerażać zaczyna.
Cała przyjemność po mojej stronie, polecam się na przyszłość ;]
Mnie również przeraża. Nie omieszkam temu poświęcić którejś z następnych notek ^^ (że tak zapowiem w celu spotęgowania napięcia i wymuszenia niecierpliwego oczekiwania ;)
no to z niecierpliwością czekamy na zapowiedzianą notkę i na pokaz tańców ;D
[...] sierpień, czwartek Kiedy pod koniec czerwca zdecydowałam się przełożyć egzamin z historii literatury polskiej na wrzesień, byłam oczywiście święcie przekonana, że te dwa [...]