o tym, dlaczego marzy mi się obrzydliwe bogactwo
27 lipiec, niedziela
Nie mam szczęścia do gier, w których decydującą rolę odgrywa złośliwy los. Do wielkiego pokera nawet nie siadam, bo zawsze trafiają mi się beznadziejne karty. Żeby wygrać w kości, musiałabym chyba uprzednio zamontować w nich jakieś sprytnie skonstruowane ciężarki, zapewniające mi wyrzucenie satysfakcjonującą liczbę oczek. Jednoręki bandyta ewidentnie mnie nie lubi, co objawia się tym, że pożera bezpowrotnie skwapliwie inwestowaną weń gotówkę, nie oddając w zamian ani grosza. Nawet scrabble drwią sobie ze mnie niemiłosiernie. Do tego stopnia, że przestałam w ogóle w nie grać, co w zasadzie nie stanowi większej straty, jako, że moje szanse na wygraną i tak prezentowały się zazwyczaj niezwykle mizernie, ponieważ niezależnie od tego, jakie literki nie znajdowałyby się akurat w woreczku, mnie przy okazji losowania obowiązkowo musiało trafić się pięć A i dwa E.
Nie powinno zatem dziwić, że szczytem moich możliwości w grze w Dużego Lotka jest ustrzelenie co najwyżej dwójki, za którą nie płacą. I, że – zniechęcona wiecznym trafianiem w jedną liczbę za blisko, tudzież za daleko od wylosowanej – już dawno zaniechałam tej frustrującej zabawy i obojętnie mijałam kolektury, całkowicie lekceważąc wszelkie informacje o kumulacjach. Tak było aż do zeszłego tygodnia.
Totkowe szaleństwo udzieliło mi się na wieść o rekordowej sumie dwudziestu jeden milionów, czekającej na przygarnięcie. Zagrałam, trafiłam – można się było tego spodziewać – dwójkę, a w związku z tym, że najwyższej wygranej nie odnotowano, pojutrze do zgarnięcia jest trzydzieści pięć milionów. Brzmi kusząco? Owszem:
Rekordową sumę 35 milionów złotych można wygrać w najbliższym, wtorkowym losowaniu Dużego Lotka! To największa pula pieniędzy przeznaczona na główną wygraną w ponad pięćdziesięcioletniej historii Totalizatora Sportowego. Zawdzięczamy ją sześciu kolejnym kumulacjom.
W sobotnim losowaniu Dużego Lotka nie stwierdzono wygranej pierwszego stopnia, tj. przysłowiowej „szóstki”. Oznacza to, że żaden z graczy nie wytypował prawidłowo sześciu liczb ze zbioru od 1 do 49. Tym samym już we wtorek na graczy oczekuje zawrotna kwota 35 mln zł, czyli ok. 17,5 mln dolarów USA. Taka suma wystarczy na zakup 26 najdroższych seryjnie produkowanych aut na świecie (Maybach), 12 luksusowych apartamentów w stolicy lub 700 podróży dookoła świata *.
Prawdę mówiąc, średnio interesują mnie Maybachy, apartamenty w stolicy czy podróże dookoła świata. Przyznaję, że wygrana nęci mnie innych, wyjątkowo dziwacznych przyczyn: zawsze marzyłam o tym, by zostać rekordzistką. Jakąkolwiek i czegokolwiek. Poza tym choć raz w życiu chciałabym poczuć się jak bohaterka kiczowatego romansidła, która – usłyszawszy szokującą wieść – potrafi omdleć na zawołanie i osunąć się malowniczo w ramiona jakiegoś przystojniaka. Miło by było, gdyby jakiś kręcił się w pobliżu w momencie, gdy będę sprawdzać wyniki losowania i dowiem się, że trafiłam szóstkę, bo podejrzewam, że taka informacja mogłaby istotnie przyprawić mnie o utratę przyjemności. Której rada byłabym doświadczyć – ze wszystkimi efektami specjalnymi.
Wspomniane trzydzieści pięć milionów przydałoby mi się również w celach czysto poznawczych – zawsze nurtowała mnie bowiem kwestia, dotycząca tego, w jaki sposób odbiera się tak kosmiczną wygraną. Nie otrzymuje się jej przecież w kopertce – mój umiarkowanie uzdolniony matematycznie umysł podpowiada mi, że taka kwota nie zmieściłaby się nawet do sporych rozmiarów walizeczki. Więc jak? Przywożą ją ciężarówką? Wpłacają na konto? Ze względu na ryzyko wystąpienia ataku apopleksji u pracownicy banku, której przyjdzie zaksięgować sumę, obfitującą w tak olbrzymią ilość zer, nie wydaje mi się to zbyt szczęśliwym pomysłem. Mam zatem nadzieję, że już wkrótce uda mi się zaspokoić swą ciekawość.
Podejrzewam również, że kompletne zdurnienie z nadmiaru gotówki musi być szczególnie przyjemne. Ponieważ nigdy nie widziałam na swoim koncie sumy większej, niż trzycyfrowa, bardzo chętnie sprawdziłabym na własnej skórze, co znaczy prawdziwy szał zakupów i poddałabym się chwilowemu amokowi spełniania wszystkich swoich materialnych zachcianek. Bez większych obaw, że wrócę do domu z pustym portfelem, przepuszczenie trzydziestu pięciu milionów ot tak, na jedno podejście, nie wydaje mi się bowiem możliwe.
A później, kiedy opadłyby już wszystkie emocje i wróciłby mi rozum, poszłabym za przykładem Forresta Gumpa, inwestując całą sumę w jakąś firmę sadowniczą. I przez resztę życia mogłabym kleić mozaiki ceramiczne. Dla przyjemności.
o dobrodziejstwach kapitalizmu
25 lipiec, piątek
W związku z tym, że wciąż jeszcze cierpię na rozpaczliwą bezwenność, połączoną z równie dotkliwym brakiem czasu i potężnymi wyrzutami sumienia, że tak niecnie zaniedbałam ten wirtualny kątek, notka będzie krótka, acz treściwa. I muzyczna, co ściśle związane jest z faktem, że nie dalej jak tydzień temu miałam okazję odwiedzić festiwal w Jarocinie.
Proszę bardzo:
Kochani nasi bracia
Cieszcie się z życia
Uczcie się wraz z nami
Jak budować kapitał
Połączmy nasz wysiłek
Zjednoczmy wszystkie siły
Ojczyzna, ojczyzna czeka na ciebie
Kapitalisto miły
Piękna przyszłość
Jest przed nami
Wzniesiemy nowe banki
Z betonu i ze stali
Połączmy nasz wysiłek
Zjednoczmy wszystkie siły
Ojczyzna, ojczyzna czeka na ciebie
Kapitalisto miły
W przyszłość rodacy
Zbudujemy nowy świat
Zdechniemy przy pracy
Jeszcze tylko parę lat
Połączmy nasz wysiłek
Zjednoczmy wszystkie siły
Ojczyzna, ojczyzna czeka na ciebie
Kapitalisto miły – towarzyszu miły
(Dezerter, Ku przyszłości)
•
Za tydzień odbieram pierwszą w życiu wypłatę.
Kocham kapitalizm!
o nagłym ataku robotniczego zdurnienia
13 lipiec, niedziela
Przez cały tydzień obmyślałam nową notkę, aby zrekompensować jakoś Szanownym Czytelnikom tę przygnębiającą pustkę na dziekuję. nie słodzę, która mnie samą wpędza w poczucie winy. Przez cały tydzień cieszyłam się na niedzielę, kiedy to leniwie wyjdę sobie o poranku – wypadającym mniej więcej w okolicach południa – na balkon z kubkiem kawy, niespiesznie zapalę pierwszego papierosa, pozbieram myśli, poukładam je w karkołomne gramatycznie zdania, a potem usiądę do komputera, włączę Łordpresa, odpalę panel administracyjny i z wielką swadą, dowcipem i finezją podzielę się swoimi błyskotliwymi refleksjami, związanymi z faktem, że jestem kobietą pracującą.
Przez cały tydzień kombinowałam, jak by tu zgrabnie ująć w słowa swoje osiągnięcia zawodowe i interesująco opisać wszystkie te zadziwiające czynności, które wykonuję od dwóch tygodni, działając w trybie – jak się okazuje – wielofunkcyjnym. Przez cały tydzień – beztrosko lekce sobie ważąc postmodernistyczne utyskiwania na zmierzch wielkich narracji – tworzyłam sobie w głowie godną pozazdroszczenia opowieść o tym, że nie tylko dziarsko sklejam dekoracyjne płytki ceramiczne, ale również układam mozaiki, rozładowuję piec, pakuję go, uwzględniając fakt, że wkładane do pieca elementy w kolorze KGG 114 nie mogą się stykać oraz błyskawicznie czyszczę pokryte szkliwem płyty, zsypując resztki sypkiego szkliwa do pojemników, oznaczonych tajemniczo wyglądającymi liczbami, które powoli uczę się już odróżniać.
Przez cały tydzień obmyślałam notkę życia. I co?
Nadeszła upragniona niedziela. Zrobiłam sobie kawę, zapaliłam papierosa, usiadłam do komputera, włączyłam Łordpresa i odpaliłam panel administracyjny. A potem zrobił mi się z tego wieczór… Nie od razu, oczywiście. W międzyczasie zdążyłam pobuszować trochę po sieci, wypić następną kawę, spalić pół paczki fajek, zrobić obiad, skonsumować go, splądrować sklep internetowy, wydając majątek na kolczyki, ale notki jak nie było, tak nie ma.
Najwyraźniej tymczasowa przynależność do klasy robotniczej spowodowała u mnie o tyleż silne, co kłopotliwe rozleniwienie umysłowe, skutecznie uniemożliwiające podejmowanie jakiejkolwiek aktywności twórczej. Mimo moich usilnych starań wszelkie próby zwerbalizowania swych przemyśleń zakończyły się bowiem kompletną katastrofą, którą wstyd publikować i stworzeniem zaledwie kilku obrzydliwie prostych, niedorozwiniętych, banalnych zdanek. W dodatku obficie usianych literówkami i osobliwymi znaczkami, wywodzącymi się najprawdopodobniej z jakiegoś raczej nieznanego mi narzecza, co może świadczyć o wczesnym stadium rozwijającego sie u mnie po tajniacku wtórnego analfabetyzmu. Albo opętania.
Żywię tylko głęboką nadzieję, że to jedynie chwilowa zaćma, która opuści mnie w momencie zakończenia mych proletariackich przygód zarobkowych. A póki co, żeby nie zgłupieć do szczętu, uroczyście obiecuję rozwiązywać co wieczór przynajmniej jedno sudoku do poduszki. Może to ocali mnie przed całkowitym robotniczym zdurnieniem.

