o tym, że mnie bolly

21 sierpień, czwartek

Kiedy pod koniec czerwca zdecydowałam się przełożyć egzamin z historii literatury polskiej na wrzesień, byłam oczywiście święcie przekonana, że te dwa miesiące – sprytnie dodane do zwykłego czasu sesyjnego – w cudowny sposób ocalą mój tyłek. Tkwiąc radośnie w tym o tyleż silnym co złudnym przeświadczeniu poszłabym wtedy o zakład o każde pieniądze, że dzięki temu przegenialnemu w swej prostocie posunięciu strategicznemu bez pośpiechu zdążę doczytać brakujące lektury, usystematyzować swą wyjątkowo chaotyczną wiedzę i zostać specem od dwudziestolecia międzywojennego oraz literatury PRLu. W związku z czym trzeciego września bez stresu i niepotrzebnej histerii zdam wspomniany egzamin na pięć – odziana w różowe sari, ze spektakularną choreografią, brawurową ścieżką dźwiękową, ponętnymi doktorantkami, roztańczonymi futurystami i całą resztą tego rozkosznie kiczowatego kramu w tle.

Minęły dwa miesiące. Z żalem przyznaję, że przez ten czas lista moich lektur nie rozrosła się jakoś przesadnie imponująco. Historycznoliteracki kociokwik pod czaszką również niespecjalnie zelżał. Nie to jednak martwi mnie najbardziej. Mój problem polega bowiem przede wszystkim na tym, że chociaż przez wakacje zdołałam dorobić się sporej części indyjskiej garderoby i rozmaitych akcesoriów, niebywale pomocnych w przekonującym wyśpiewywaniu i wytańcowywaniu odpowiedzi na pytanie o awangardę okresu dwudziestolecia, to jednak przeoczyłam najistotniejszą sprawę – wciąż nie nauczyłam się tańczyć.

Co mi zatem po spódnicy, wyglądającej jak jeden z owoców wyprawy łupieżczej do szafy Preity Zinty, po ejlajnerze do zadań specjalnych, stanowiącym podstawę bollywoodzkiego mejkapu, po paru bransoletkach i nowych kolczykach, skoro wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że ustroiwszy się w to wszystko w najlepszym wypadku mam szanse zamienić się jedynie w dość atrakcyjny kołek?

A przecież nie tak wyobrażałam sobie mój intelektualno-taneczny tryumf. Miał być wiatr w zamkniętym pomieszczeniu, błyskające w uśmiechu białe zęby, miękkie ruchy bioder, starannie przestudiowane gesty rąk i gibka kibić, wirująca w pełnym pasji tańcu. I co?

Ano wygląda na to, że muszę naprędce sklecić jakiś plan awaryjny. Chyba nawet mam już pewien pomysł.

Trzeciego września wkroczę na egzamin i zakrzyknę z emfazą, której mogłaby mi pozazdrościć niejedna z filmowych mateczek Shah Rukha Khana: Pani doktór, litości!! Błagam! Jedno szybkie pytanko o Wojaczka i do domu! Ja nic więcej nie wiem, nic więcej nie powiem! Wszystko mnie bolly!

Łomatko, jak bolly!

Po niemal dwóch tygodniach pędzenia żywota przykładnej żony i gospodyni domowej – takiej, co to punkt siedemnasta swojemu wymęczonemu po pracy chłopu stawia na stole obiad, własnoręcznie kręci majonez i z braku lepszych rozrywek wyolbrzymia do rozmiarów bez mała epickich historię przedpołudniowych zakupów w pobliskim warzywniaczku, okraszonych pogawędką z niebywale gadatliwą panią, sprzedającą jajka w sklepiku na rogu – poszłam w miasto. W celu, co należy podkreślić, nie bardzo babskim. Moja wyprawa stanowiła bowiem przyczynek do męskiej decyzji, którą zamierzam niebawem podjąć, dotyczącej zakupu własnego (nareszcie!) komputera.

Do owego pójściawmiasto przygotowałam się starannie. W końcu jak wychodzić, to z klasą, zwłaszcza po tylu dniach rozkosznego, acz wybitnie niekonstruktywnego kiszenia się w domowych pieleszach. Na tę intencję – lekce sobie ważąc fakt, że warunki atmosferyczne nie bardzo sprzyjały tego typu akcjom upiększającym – uruchomiłam nawet swój bollywoodzki ejlajner do zadań specjalnych oraz tusz do rzęs, całkiem przytomnie zauważając, że w sklepach komputerowych będę mieć do czynienia głównie z facetami. A skoro moja wiedza o sprzęcie, jaki planuję zakupić, jest równa zeru, postanowiłam podejść do sprawy po niewieściemu i ponadrabiać swą totalną ignorancję miłym uśmiechem i ujmującym trzepotem rzęs. Wydłużonych do granic przyzwoitości.

Taktyka okazała się być nadspodziewanie skuteczna. Nie dość, że wróciłam do domu z naręczem zadrukowanych kartek, po brzegi wypełnionych tajemniczo wyglądającymi liczbami, oznaczającymi niewiele mi mówiące parametry któregoś z moich potencjalnych laptopów, to jeszcze mam świadomość, że spełniłam kilka dobrych uczynków. Za takowe uznać można niewątpliwie miłe połechtanie eg (liczba mnoga od ego, jeśli nie istnieje, to nie szkodzi, bo właśnie ją wymyśliłam) panów ze sklepów z komputerami i sprawienie, że poczuli się bardzo potrzebni tak bezradnej sierotce, jak ja.

Miałam bowiem okazję przekonać sie na własnej skórze, że nic tak nie wyzwala w facetach chęci niesienia pomocy, jak nieporadne, słodkie stworzenie, żywcem wyjęte ze Słomianego wdowca na przykład. Brawurowo wcieliłam się więc w rolę zagubionego dziewczęcia, oczekującego fachowej porady. Doskonale pamiętając, że mężczyźni wolą blondynki. W każdym znaczeniu tego słowa.

Nie bez satysfakcji udało mi się jednak dowieść, że czarne dready w niczym nie ustępują platynowej blond-grzywie. Do tego, by w zakłopotaniu nimi potrząsać, nadają się – jak się okazało – wyśmienicie, w związku z czym doskonale spełniły one funkcję perswazyjnego rekwizytu. Zwłaszcza, że temu uroczo bezradnemu potrząsaniu towarzyszyło w dodatku pełne zatroskania pytanie: To jak ja mam wobec tego porównać te komputery i wybrać któryś z nich?, zadane w odpowiedzi na odmowę wydrukowania wszystkich danych o wybranych modelach, jaką usłyszałam w kilku sklepach. A do tego trzepot rzęs, dla pełnego efektu. Kratki szybu wentylacyjnego metra co prawda w pobliżu nie zarejestrowałam, ale okazała się ona niepotrzebna. Dready, rzęsy i uśmiech słodkiego głuptaska załatwiły sprawę. Ha!

Na moim stole poniewierają się teraz stosy kartek z parametrami procesorów, dysków twardych, kart dźwiękowych i graficznych. Nie rozumiem z nich ani słowa. Ale ostatecznie jestem przecież kobietą, nie muszę.

A laptopa wybierze mi G.