Kiedy pod koniec czerwca zdecydowałam się przełożyć egzamin z historii literatury polskiej na wrzesień, byłam oczywiście święcie przekonana, że te dwa miesiące – sprytnie dodane do zwykłego czasu sesyjnego – w cudowny sposób ocalą mój tyłek. Tkwiąc radośnie w tym o tyleż silnym co złudnym przeświadczeniu poszłabym wtedy o zakład o każde pieniądze, że dzięki temu przegenialnemu w swej prostocie posunięciu strategicznemu bez pośpiechu zdążę doczytać brakujące lektury, usystematyzować swą wyjątkowo chaotyczną wiedzę i zostać specem od dwudziestolecia międzywojennego oraz literatury PRLu. W związku z czym trzeciego września bez stresu i niepotrzebnej histerii zdam wspomniany egzamin na pięć – odziana w różowe sari, ze spektakularną choreografią, brawurową ścieżką dźwiękową, ponętnymi doktorantkami, roztańczonymi futurystami i całą resztą tego rozkosznie kiczowatego kramu w tle.
Minęły dwa miesiące. Z żalem przyznaję, że przez ten czas lista moich lektur nie rozrosła się jakoś przesadnie imponująco. Historycznoliteracki kociokwik pod czaszką również niespecjalnie zelżał. Nie to jednak martwi mnie najbardziej. Mój problem polega bowiem przede wszystkim na tym, że chociaż przez wakacje zdołałam dorobić się sporej części indyjskiej garderoby i rozmaitych akcesoriów, niebywale pomocnych w przekonującym wyśpiewywaniu i wytańcowywaniu odpowiedzi na pytanie o awangardę okresu dwudziestolecia, to jednak przeoczyłam najistotniejszą sprawę – wciąż nie nauczyłam się tańczyć.
Co mi zatem po spódnicy, wyglądającej jak jeden z owoców wyprawy łupieżczej do szafy Preity Zinty, po ejlajnerze do zadań specjalnych, stanowiącym podstawę bollywoodzkiego mejkapu, po paru bransoletkach i nowych kolczykach, skoro wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że ustroiwszy się w to wszystko w najlepszym wypadku mam szanse zamienić się jedynie w dość atrakcyjny kołek?
A przecież nie tak wyobrażałam sobie mój intelektualno-taneczny tryumf. Miał być wiatr w zamkniętym pomieszczeniu, błyskające w uśmiechu białe zęby, miękkie ruchy bioder, starannie przestudiowane gesty rąk i gibka kibić, wirująca w pełnym pasji tańcu. I co?
Ano wygląda na to, że muszę naprędce sklecić jakiś plan awaryjny. Chyba nawet mam już pewien pomysł.
Trzeciego września wkroczę na egzamin i zakrzyknę z emfazą, której mogłaby mi pozazdrościć niejedna z filmowych mateczek Shah Rukha Khana: Pani doktór, litości!! Błagam! Jedno szybkie pytanko o Wojaczka i do domu! Ja nic więcej nie wiem, nic więcej nie powiem! Wszystko mnie bolly!
Łomatko, jak bolly!
Dasz sobie radę babo jedna, już nie raz dawałaś. Będzie rubaszna i ciepluchna piona, jak się patrzy! ;)
Będzie piona tylko nie zapomnij potrząsać głową jak Twój ulubiony bollybohater
Jedno, co zdołałam u moich kochanych Siostrzyczek zaobserwować: im bardziej zrzędzą, tym pewniejsza piątka z egzaminu ;>
[img]http://dptd.home.pl/forum/images/smiles/shoot3d.gif[/img]