o tym, że czasem mam ochotę
30 wrzesień, wtorek
Całkowicie dobrowolnie i bez bicia przyznaję się do pozostawania w stanie ciągłego i niesłabnącego zachwycenia tą stroną. Stanowi ona bowiem niewyczerpane źródło komentarzy do otaczającej rzeczywistości, trafiających zazwyczaj w samo sedno. Na początek więc – tytułem wstępu do dzisiejszej zrzędliwej notki – mój ulubiony komiks. Bo i ja odczuwam czasem trudną do pohamowania ochotę, aby na nich wszystkich, mówiąc elegancko, zwomitować.
Wiem nawet, od czego zaczęłabym takie nieoczekiwane acz niewątpliwie spektakularne publiczne uzewnętrznianie swej treści żołądkowej – od zgrabnego pawia w tramwaju. Środki komunikacji miejskiej są bowiem jednym z miejsc, w których moja odporność na wszelkiego rodzaju obrzydliwości regularnie zostaje wystawiana na niezwykle ciężkie próby. Głównymi sprawcami owych prób są najczęściej podróżujące wraz ze mną pary, wieku i stanu absolutnie dowolnego. Grunt, że wszystkie obowiązkowo miłują się aż do bólu zębów.
Schemat działania takiej parki jest na ogół łatwy do przewidzenia. Wsiadają ci oni do tramwaju, zajmują miejsce przy oknie, vis-à-vis przycupka, na którym akurat siedzę, on chwyta się poręczy, ona chwyta się jego pośladków i następuje główny punkt programu – namiętne obściskiwanie. Pół biedy, jeśli ona jedynie wtula się lirycznie w jego ramię lub okolice pachy, gładząc jednocześnie – nieco mniej lirycznie a ciut bardziej lubieżnie – jego rejony poniżejkrzyżowe. To byłoby jeszcze do strawienia. Zazwyczaj jednak na takim niegroźnym smyranku się nie kończy, ponieważ w większości przypadków stanowi ono zaledwie preludium do najistotniejszej części tego odrażającego spektaklu, polegającej na próbie odgryzienia głowy partnerce. Tudzież partnerowi, jeśli to niewiasta stanowi w tym związku stronę dominującą.
Nie mam pojęcia, co empeka rozpyla w tych tramwajach, ale podejrzewam, że jest to coś cholernie mocnego. I muszę przyznać, że niezmiernie fascynuje mnie metamorfoza, jaką w mgnieniu oka przechodzą normalni – zdawałoby się – ludzie pod wpływem tej tajemniczej substancji, która najwyraźniej zaczyna działać w ciągu jakichś trzydziestu sekund od wejścia takiej pary do tramwaju. Trzy, dwa, jeden, zero, start – reset mózgu, gwałtowne zaczerpnięcie powietrza (wszak musi go starczyć na długo), zarzut głową do głowy i – szał, dziki szał – wściekły, obrzydliwy, obopólny nur w poszukiwaniu języków, migdałków i Bóg wie, jakich jeszcze narządów wewnętrznych.
Ludzie! Domu nie macie? Wstydu nie macie???
o tym, że urodziwie choruje się tylko w Hollywood
27 wrzesień, sobota
z dedykacją dla G., który biega za mną z czosnkiem
Mój ciepłolubny organizm postanowił najwyraźniej ustosunkować się jakoś do nadejścia jesieni, bo na jej definitywne i nieodwołalne pojawienie się zareagował stanowczym protestem. Od wczoraj cierpię zatem na galopujące suchoty (patataj, patataj) i na nagłą poprawę mego cokolwiek nadwątlonego stanu zdrowia póki co raczej się nie zanosi. Wręcz przeciwnie. W związku z powyższym zdecydowałam się więc trochę pochorować.
W tym celu potulnie złożyłam swe zasmarkane pół-zwłoki do łóżka i – zgromadziwszy wokół siebie całą masę Absolutnie Niezbędnych Przedmiotów, Umilających Chorowanie – zamierzam tkwić w nim do czasu względnego wyzdrowienia lub zejścia śmiertelnego. Dbając jednocześnie o odpowiedni rozmach całego przedsięwzięcia.
Z przyczyn niezależnych od siebie zmuszona byłam jednak zrezygnować ze sprytnie obmyślonego planu upodobnienia się do Meg Ryan z Masz Wiadomość, bo o ile wskoczenie do łóżka w skarpetkach nie stanowiło jeszcze większego wyzwania, o tyleż przywdzianie prochowca – owszem. Z braku odpowiedniej kreacji zadowoliłam się więc wieśniaczą niebieską bluzą, pamiętającą jeszcze moje późnopodstawówkowe czasy, ale ten nieoczekiwany garderobiany zgrzycik w znacznym stopniu osłabił moje zapędy do chorowania z klasą.
Nie lepszym rezultatem zakończył się projekt nawiązania gorącego internetowego romansu. Chęci miałam co prawda dobre, możliwości też całkiem niezłe, ale pomimo przytargania do łóżka laptopa, Tosią zwanego, oplątania się w zwoje kabli i chwilowego zepchnięcia w niepamięć faktu, że pan, który z oddaniem pitrasi mi obiadki, biega za mną z czosnkiem i wrzeszczy na mnie za każdą próbę wymknięcia się na papierosa, jest mężczyzną mego życia, więc winnam mu jako taką wierność, ostatecznie – zamiast rozczulających wiadomości od Toma Hanksa – w swojej skrzynce odnalazłam jedynie kilka przygnębiających i absolutnie niemiłosnych mejli z reklamami internetowych banków.
Co najgorsze pod względem ogólnej prezencji też czuję się, cholera, oszukana. Mając w pamięci wszystkie te niebywale estetycznie chorujące bohaterki komedii romantycznych ze wspomnianą Meg Ryan na czele, liczyłam na nagłe wejście w posiadanie oszałamiającej urody, okraszonej kuszącym rumieńcem, zachęcającym przedstawicieli płci męskiej do intensywnych refleksji pod tytułem może to jej urok, może to stan podgorączkowy, a tymczasem kim zostałam? Jagną jaką albo inszą Małgochną z wypiekami, czerwonym nosem i kaprawymi ślepiami! Nic dziwnego, że wirtualni wielbiciele milczą. Kto by chciał romansować z chorym oposem?
Wniosek z tych przykrych doświadczeń nasuwa się sam – urodziwie i miłośnie chorować można tylko w Ameryce. Choć sama myśl o łikendzie spędzonym w łóżku i w naszej szerokości geograficznej brzmi nieco frywolnie.
o lokalnej wojence
4 wrzesień, czwartek
Od kilku tygodni zaostrza się otwarty konflikt zbrojny między mną a pierzastymi bojownikami o wolność zasrywania czego popadnie. Dopóki toczyliśmy jedynie wojnę podjazdową, a wszelkie działania ofensywno-defensywne rozgrywały się na neutralnym, okołomiejskim gruncie chodników i bruków, istniała jeszcze całkiem realna szansa na podjęcie negocjacji i pokojowe rozstrzygnięcie sporu. Niedawno jednak nadzieja ta przepadła bezpowrotnie.
Zdradzieckie siły gołębich terrorystów ośmieliły się bowiem wkroczyć na mój teren i już od dobrych kilku tygodni z zatrważającą regularnością urządzają złośliwe naloty bombowe na mój własny, osobisty balkon. Co najgorsze ofiarami tych podłych praktyk padają przede wszystkim cywile. Czyli moje Bogu ducha winne kwiatki, które wystawiłam tam w dobrej wierze, chcąc, aby te bezradne, chowane dotąd w cieplarnianych warunkach chudziaczki poczuły wreszcie lekki zewik natury, zaznały trochę słońca, letniego wietrzyku i ciepłego, przyjaznego deszczu, zwalniającego mnie przy okazji z obowiązku ich podlewania.
W rezultacie, mimo moich najszczerszych chęci, kwiatki, wymęczone do cna pełnym trwogi wyczekiwaniem na systematyczne, wredne i całkowicie nieodpieralne ataki z powietrza, odmawiają dalszego rośnięcia. A ja, sama jak ten palec wobec przeważającej siły wroga, czuję się po prostu bezradna. Podwoiłam co prawda swoje zaczepno-straszące wysiłki, porykując i tupiąc na widok wszystkich przypadkowo spotykanych na swej drodze gołębi, ale te zasrańce, w pełni świadome druzgocącej przewagi, jaką nade mną mają, nic sobie z moich działań nie robią.
Na dodatek zabezczelniały już do reszty. Niemal całkowicie zrezygnowały bowiem z niepewnego kukania na mnie z wysokości dachu i zamiast tego zaczęły urządzać sobie beztroskie posiadówki na balustradzie mojego balkonu. Ostatnio dopuszczając się nawet ostentacyjnego zostawiania mi pamiątek w postaci pogubionych piór. Nie mam pojęcia, co robić, ani gdzie szukać sojuszników w tej beznadziejnej walce. Co na to NATO?!?
•
Pierwszego października (który, nawiasem mówiąc, od 1977 roku jest także Międzynarodowym Dniem Wegetarianizmu) świętować będę czwartą rocznicę swojej dobrowolnej trawożerności. Sny o kotletach schabowych w chrupiącej panierce nie nawiedzają mnie już tak często, jak dawniej, uroczo opalizująca polędwiczka przestała być jedną z głównych bohaterek moich wyimaginowanych, życzeniowych kanapek i niemal całkowicie pogodziłam się z brakiem schabiku ze śliwkami produkcji mojej rodzicielki. Chyba przestałam już tęsknić za mięsem.
Ale gołąbka to bym zeżarła.

