Mądrzy ludzie powiadają, że w życiu każdej kobiety pojawia się w końcu taki moment, kiedy zaczyna ona marzyć o znalezieniu się na ślubnym kobiercu. Jeszcze jakiś czas temu wydrwiłabym tę teorię niemiłosiernie. Całkiem niedawno jednak – po prawie czterech okrągluśkich latach wesołego, kociołapnego i absolutnie nielegalnego stałego związku – zmuszona byłam przyznać owym bliżej niezidentyfikowanym mądrym ludziom rację. Zupełnie nieoczekiwanie i mnie ogarnęła bowiem niepohamowana potrzeba zaślubin z prawdziwego zdarzenia.
Żądza ta posiada wszelako swoje wyjątkowo racjonalne uzasadnienie. Nie mające absolutnie nic wspólnego z pogrubiającym pięknem białej, bezowatej kiecki, słodkimi dziewczątkami w kapelusikach, sypiącymi kwiatki na schodach bajecznie przystrojonego kościoła, uryczanymi jak bobry druhnami w pastelowych kreacjach, karetą, zaprzężoną w czwórkę białych koni ani z siedmiopiętrowym tortem. Motywacja mojego nagłego pragnienia zamążpójścia jest niestety przyziemna i trywialna, choć nie sposób odmówić jej pewnej pazernej rezolutności. Chodzi mianowicie o prezenty.
Całkiem przytomnie zauważyłam bowiem, że nic tak doskonale nie pomaga dwojgu młodych w skompletowaniu ich domowego inwentarza i uzupełnieniu go o rozmaite pożyteczne sprzęty i akcesoria, jak ślub – ich własny, rzecz jasna – oraz uroczystość weselna. Dziwię się nawet, że dokonałam tego odkrycia tak późno, bo sposób ten wydaje mi się o niebo prostszy i – co najważniejsze – o wiele skuteczniejszy, niż pisanie listów do Świętego Mikołaja. Jedyne, co należy zrobić, to sporządzić listę upragnionych prezentów, odpowiednio wcześniej przekazać ją zaproszonym gościom, poczekać cierpliwie do szczęśliwego dnia zaślubin i voilà! – do radości z posiadania nowego męża dołącza się nie mniejsza radość z posiadania nowej mikrofalówki albo suszarki do włosów.
Metody tej nie wolno co prawda nadużywać. Wątpię, aby przemiłe babcie, stateczne ciotki i podstarzali
wujaszkowie z permanentnie dzikim entuzjazmem witali wieści o ślubie swej wnuczki/ siostrzenicy/ bratanicy/ chrześnicy/ ulubienicy, docierające do nich regularnie co trzy miesiące i gotowi byli przy każdej takiej okazji obsypywać ją prezentami z jednakową i niesłabnącą hojnością. Sądzę jednak, że w moim przypadku taktyka ma spore szanse na powodzenie. Póki co nie posiadam bowiem na stanie ani jednego męża oraz – co gorsza – ani jednego ciśnieniowego ekspresu do kawy ze spieniaczem do mleka, ale o ile bez tego pierwszego żyło mi się jak dotąd na tyle dobrze, że nie poczułam jeszcze specjalnej ochoty na zmianę swego stanu cywilnego, o tyle taki ekspres marzy mi się już od dawna. A w związku z tym, że jego koszta stawiają go na razie daleko poza stanem moich możliwości finansowych, jedynym sposobem na jego zdobycie wydaje mi się małżeństwo.
Aktualnie na drodze do mego kawowego szczęścia stoi jeszcze tylko jeden drobny szczególik – potencjalny pan młody, który kategorycznie odmawia jakichkolwiek działań uświęcająco-legalizacyjnych. Nie skutkują prośby, groźby, przymilania, fochy i próby przekupstwa; nawet na wizję pokaźnej sterty drogocennych prezentów pozostaje on całkowicie nieczuły, wykazując tym samym zatrważające lekceważenie dla mojego przegenialnego planu zgromadzenia przydatnych dóbr materialych w prosty, szybki i stosunkowo przyjemny sposób.
Wszystko wskazuje więc na to, że aby wzbudzić w nim chęć współpracy, zmuszona będę uciec się do podstępu. Zarzucenie mu na głowę nałęczki w najmniej spodziewanym momencie, okraszone mrożącym krew w żyłach okrzykiem Mój ci on! Mój ci! powinno załatwić sprawę. W przeciwnym wypadku stanę przed niewesołą, acz całkiem realną koniecznością zmiany potencjalnego małżonka na jakiegoś bardziej skorego do żeniaczki. Pomna mójcionowych i nałęczkowych historii literacko-miłosnych obawiam się jednak, że miałabym wówczas spore szanse na otrzymanie w prezencie ślubnym pierzyny, maselnicy albo krowy.
Ino co ja nieboga z krową zrobię? Dyć ja przeca jeno spieniacz do mleka chcę!


Ciekawi mnie czy taki ekspres do kawy jest droższy niż wyprawienie wesela?
Wiedziałam, że ktoś nie omieszka o tym wspomnieć (prawdę mówiąc w pierwszej kolejności podejrzewałam właśnie Ciebie, sceptyku ;p). Otóż wszystko dokładnie przemyślałam i poczyniłam szeroko zakrojone projekty, mające na celu obniżenie kosztów tego radosnego przedsięwzięcia do niezbędnego minimum. Kieckę na ten przykład można wypożyczyć, garnitur wyjąć z szafy i odświeżyć, kwiatki na bukiet gwizdnąć z cudzej działki, zrezygnować z wiozącej do ślubu karety na rzecz tramwaju, a całe weselisko wyprawić w jakimś malowniczo położonym plenerze. Tereny wokół Mostu Rocha wydają się być do tego celu idealne, bo nie dość, że most przepięknie prezentuje się nocą, w rzęsistym oświetleniu, to jeszcze miejsca Ci tam dostatek, więc swobodnie można rozbić namioty i odpada problem noclegu dla gości. Ponadto postanowiłam zatroszczyć się o zdrowie biesiadników i oszczędzić im szkodliwych skutków weselnego obżarstwa, w związku z czym w menu pojawią się tylko chipsy, paluszki i ciasteczka. I basta. Wszak nie przychodzą się najeść, tylko cieszyć moim szczęściem – jeśli czują, że padną z głodu, zawsze mogą zabrać z sobą dodatkowe kanapki. Alkohol natomiast każdy organizuje sobie we własnym zakresie. I już.
Tym oto sposobem koszta weselnego przyjęcia nie zrujnują mojej kieszeni, zaś szczęście z posiadania ciśnieniowego ekspresu do kawy osłodzi konieczność zakupu chipsów i biletów na tramwaj dla gości. Co i tak wyniesie mnie mniej, niż bezokazyjny zakup takiego profesjonalnego ekspresu, którego ceny zaczynają się od 2000-2500 zł.
Teraz pozostaje mi tylko znalezienie odpowiednio uległego kandydata. Możesz czuć się zaproszony. Zwłaszcza, że najważniejszy punkt listy prezentów już znasz ;>
“Teraz pozostaje mi tylko znalezienie odpowiednio uległego kandydata. ”
i gości którzy:
“nie przychodzą się najeść, tylko cieszyć moim szczęściem”
i których stać na profesjonalny ekspres
“którego ceny zaczynają się od 2000-2500 zł.”
Jeszcze co do szukania kandydata, może dasz ogłoszenie :
“Szukam męża, oferuję dostęp do ciśnieniowego ekspresu do kawy”
Jeśli w grę wchodzą ogłoszenia matrymonialne, można rzecz całą załatwić na skróty, bez mieszania w to gości. Anons Młoda, atrakcyjna pani pozna pana z ciśnieniowym ekspresem do kawy. brzmi całkiem nieźle. Tylko tej imprezy trochę mi żal, więc chyba zostanę przy taktyce ślubno-weselnej – bardziej skomplikowanej, ale za to o wiele ciekawszej.
A Ty jak zwykle dopatrujesz się ciemnych stron moich konceptów. Po prostu zrób kanapki i przyjdź na wesele, nooo ;]
Ciekawe ilu panów z ciśnieniowymi ekspresami do kawy przegląda ogłoszenie matrymonialne…
Kanapki mogę zrobić, ale na ekspres mnie nie stać i pewnie prędko nie będzie stać.
‘Ino co ja nieboga z krową zrobię? Dyć ja przeca jeno spieniacz do mleka chcę!’
Założysz firmę i napiszesz do Unii o dotacje – ‘mam surowce, potrzebuję sprzetu. Help!’ ;]
o_O
To ja już wiem, czemu Mojemu tak śpieszno. Materialista!!! ;P
Jak widać czy to BMW, wielbłąd czy ekspres podstawy się nie zmieniają a jedynie tylko waluta :P A potem zostawisz pana z ekspresem dla Pana z… większym ekspresem/blenderem z turbodoładowaniem/prostownica z autorewersem.
Ech kobieto, puchu marny…
Pozwolę sobie stanowczo zaoponować. Tym bardziej, że blender już mam, a prostownicy nie używam ;p Poza tym nie przesadzajmy z tą interesownością, przecież tylko ekspres mi się marzy, a to naprawdę niewiele. Taki miły dodatek do Tego od nałęczki ;]
Może i jestem puchata, ale stała w uczuciach. O!
materialiści cholerni :>
Popieram twój pomysł pod jednym warunkiem . Prezenty zbierzesz przed uroczystością zaślubin , a przed ołtarzem na sakramentalne ‘ czy bierzesz tego oto ble ble ble….’ powiesz NIE i szybko dodasz a propos prezentów , że kto daje i odbiera ten się ….i tak dalej i tak dalej. Prezenciki będą i najwyżej podzielisz się nimi ze mną .
No. Wiedziałam, że kto jak kto, ale rodzona rodzicielka zrozumie ;]
I mam lepszy pomysł, o którym zapomniałam wspomnieć – te zaślubiny mogą stać się wspaniałą okazją do rozstrzygnięcia kwestii, która nurtuje mnie już od dawna. W związku z tym nie będę wrzeszczeć NIE, pozwolę to zrobić któremuś z gości. Zawsze intrygowało mnie bowiem, co dzieje się po takim okrzyku (poza tym, że niezły bajzel ;p). Wyprasza się takiego delikwenta? Ignoruje? Stara się dojść do tego, dlaczego się on nie zgadza? Hę? Marzę o tym, aby to sprawdzić.
Ktoś chętny do powrzaskiwania?
Ja , ja , mnie wybierz , mnie wybierz ! Będę się darła tak , że druhnom pospadają te obrzydliwe nakrycia głów , starym ciotkom i ich mężom powypadają sztuczne szczęki , popękają silikonowe cycki rodzinnym pięknościom ,a przy ołtarzu pogasną wszystkie gromnice . Zabawa będzie , że ho , ho ! Tylko mnie wybierz do powrzaskiwania .
Załatwione. Powrzaskiwanie raz – obsadzone.
Niezgoda rodzonej matyldy panny młodej wywoła istny skandal, hurra! ;>
Chyba nie bawię się z Wami…
Ale dlaczegóż?