z dedykacją dla G., który biega za mną z czosnkiem
Mój ciepłolubny organizm postanowił najwyraźniej ustosunkować się jakoś do nadejścia jesieni, bo na jej definitywne i nieodwołalne pojawienie się zareagował stanowczym protestem. Od wczoraj cierpię zatem na galopujące suchoty (patataj, patataj) i na nagłą poprawę mego cokolwiek nadwątlonego stanu zdrowia póki co raczej się nie zanosi. Wręcz przeciwnie. W związku z powyższym zdecydowałam się więc trochę pochorować.
W tym celu potulnie złożyłam swe zasmarkane pół-zwłoki do łóżka i – zgromadziwszy wokół siebie całą masę Absolutnie Niezbędnych Przedmiotów, Umilających Chorowanie – zamierzam tkwić w nim do czasu względnego wyzdrowienia lub zejścia śmiertelnego. Dbając jednocześnie o odpowiedni rozmach całego przedsięwzięcia.
Z przyczyn niezależnych od siebie zmuszona byłam jednak zrezygnować ze sprytnie obmyślonego planu upodobnienia się do Meg Ryan z Masz Wiadomość, bo o ile wskoczenie do łóżka w skarpetkach nie stanowiło jeszcze większego wyzwania, o tyleż przywdzianie prochowca – owszem. Z braku odpowiedniej kreacji zadowoliłam się więc wieśniaczą niebieską bluzą, pamiętającą jeszcze moje późnopodstawówkowe czasy, ale ten nieoczekiwany garderobiany zgrzycik w znacznym stopniu osłabił moje zapędy do chorowania z klasą.
Nie lepszym rezultatem zakończył się projekt nawiązania gorącego internetowego romansu. Chęci miałam co prawda dobre, możliwości też całkiem niezłe, ale pomimo przytargania do łóżka laptopa, Tosią zwanego, oplątania się w zwoje kabli i chwilowego zepchnięcia w niepamięć faktu, że pan, który z oddaniem pitrasi mi obiadki, biega za mną z czosnkiem i wrzeszczy na mnie za każdą próbę wymknięcia się na papierosa, jest mężczyzną mego życia, więc winnam mu jako taką wierność, ostatecznie – zamiast rozczulających wiadomości od Toma Hanksa – w swojej skrzynce odnalazłam jedynie kilka przygnębiających i absolutnie niemiłosnych mejli z reklamami internetowych banków.
Co najgorsze pod względem ogólnej prezencji też czuję się, cholera, oszukana. Mając w pamięci wszystkie te niebywale estetycznie chorujące bohaterki komedii romantycznych ze wspomnianą Meg Ryan na czele, liczyłam na nagłe wejście w posiadanie oszałamiającej urody, okraszonej kuszącym rumieńcem, zachęcającym przedstawicieli płci męskiej do intensywnych refleksji pod tytułem może to jej urok, może to stan podgorączkowy, a tymczasem kim zostałam? Jagną jaką albo inszą Małgochną z wypiekami, czerwonym nosem i kaprawymi ślepiami! Nic dziwnego, że wirtualni wielbiciele milczą. Kto by chciał romansować z chorym oposem?
Wniosek z tych przykrych doświadczeń nasuwa się sam – urodziwie i miłośnie chorować można tylko w Ameryce. Choć sama myśl o łikendzie spędzonym w łóżku i w naszej szerokości geograficznej brzmi nieco frywolnie.


A ja dla Ciebie obiadki pichcę, czosnek przebieram, a Ty mi tak Tomem Hanksem w monitor?
Toteż doceniłam :*
Toma Hanksa to dojrzałeś, ale tego mężczyzny mego życia to już nie, hę?
Oj niedługie to życie się szykuje, niedługie :p
Wiedziałam, że chcesz mnie tymi obiadkami otruć! A czosnek to tylko przykrywka, żebym nie poczuła, że ten arszenik jest zatruty!
Arszenik, moja droga, jest passe
A co się teraz dodaje, chcąc otruć swą niewiastę bez wzbudzania podejrzeń?
Nich to pozostanie moją słodką tajemnicą :p
Arszenik byłby wielce stylowy – jak Emma Bovary ;P
Zdrowia!
kocham Cię, kocham za te notki ^^
Bardzo przydatne jest posiadanie w domu roślinki o nazwie difenbachia. Zawiera strychninę, więc podawana w formie sproszkowanej działa podobnie jak arszenik. Stylowo moim zdaniem brzmi nawet lepiej,tylko nie wiem czy oposy na to pójdą.
już mniej spontanicznie, ale nadal pragnę wyznać CI miłość
i niosę Ci naręcze czosnku, niechaj będzie wyrazem miłości mej szczerej