o tym, że w Maiusie straszy
23 październik, czwartek
O tym, że poznańska filologia peel jest siedliskiem wyjątkowo złych ludzi, wiedziałam od dawna. Parę dni temu miałam jednak okazję przekonać się na własnej skórze, że po szacownym gmaszysku mojego umiłowanego Collegium Maius – poza wciąż żywymi podłymi kreaturami – pałętają się również stworzenia nieco mniej żywe i zdecydowanie bardziej nierzeczywiste. Nie budząc przy tym w dodatku absolutnie niczyich podejrzeń.
Nieoczekiwane spotkanie z jednym z nich przydarzyło mi się nie dalej jak w ubiegły czwartek. Siedziałam zaczytana na uczelnianym korytarzu, odgniatając tyłek na diabelnie niewygodnej ławce, kościelny zegar wybijał akurat samo południe, gdy wtem, jak spod ziemi, zjawił się przede mną starszy, elegancko odziany jegomość z teczuszką pod pachą. Zmierzywszy mnie krótkim, acz wnikliwym wejrzeniem, obnażył w przyjacielskim, nieco konfidencjonalnym uśmiechu pojedyncze zęby i zamamlał radośnie coś, co prawdopodobnie miało znaczyć: pomyślności. A że pomyślności nigdy za wiele, bez większych oporów zdecydowałam wdać się z nim w krótką pogawędkę. Jednocześnie usilnie starając się sobie przypomnieć, skąd mogę znać tego miłego pana. Kto on zacz?
Niezidentyfikowany staruszek, niewykazujący większej chęci do ulżenia mej najwyraźniej zawodnej pamięci i wyjawienia swojej tożsamości, sprawiał wrażenie niezwykle uradowanego tą rozmową. Wieść, iż jestem studentką filologii peel i zabieram się właśnie za pisanie magisterki z teorii literatury zachwyciła go zaś do tego stopnia, że wydał z siebie coś na kształt chochlikowatego chichotu, po czym, przybrawszy poważną i skupioną minę chłopca, który obmyśla właśnie jakiś wyjątkowo ucieszny psikus, pochylił się nade mną i wyznał z szelmowskim błyskiem w oku: A ja jestem językoznawcą.
Mój udręczony umysł zaczął w tym momencie pracować na zwiększonych obrotach. Kim, do diabła, mógł być ten starszy pan? Czy powinnam go znać? A jeśli tak, to skąd? Nigdy wcześniej nie miałam przyjemności widzieć go w gmaszysku Maius, ale mało tu pokątnie szwendających się językoznawców? Z kim ja, do czorta, rozmawiam?!?
Staruszek zdawał się nie zauważać nadludzkiego wysiłku, malującego się na mojej twarzy i niewzruszenie kontynuował rozmowę. W trakcie której dowiedziałam się między innymi, że i on kiedyś tu wykładał. Gramatykę historyczną i staro-cerkiewno-słowiański. Ale teraz esceesu już pewnie nie uczą… Poczułam się w obowiązku zaoponować. Uczą! - obwieściłam radośnie, dodając z dumą, że zajęcia z tego pięknego narzecza prowadził z moją grupą sam profesor Z. Ten, co ma tysiąc dwieście dwadzieścia osiem lat i doskonale pamięta drugą palatalizację, bo sam ją wykombinował - uzupełniłam w myślach. Oczy starszego pana rozbłysły. Profesor Z.?! – zakrzyknął uradowany. – Pamiętam go jeszcze jako magistra! A teraz jest profesorem… Po czym dodał z niejakim wstydem: A ja tutaj teraz doktorat robię…
Duch czy ki diabeł??
Staruszek pogawędził ze mną jeszcze przez chwilę i zanim pożegnał się ze mną wylewnie, życząc mi miłego dnia i wszystkiego dobrego, zdążył opowiedzieć mi nieco o zabytkach literatury staropolskiej, które aktualnie analizuje. Muszę jednak przyznać, że końcówki jego wywodu słuchałam z pewnym roztargnieniem. I kiedy patrzyłam później, jak dziarskim krokiem przemierza korytarz, aż wreszcie znika za masywnymi drzwiami Collegium Maius, byłam już pewna, z kim miałam przyjemność. Tym większą, że spotkania z rozmiłowanymi w Kazaniach świętokrzyskich czy inszym Rozmyślaniu przemyskim widmowymi językoznawcami nie zdarzają się przecież co dzień.
Bo kto “Kazań” nie czytał ni razu, ten nie zazna słodyczy w niebie?
o tym, że niepokojąco zbabiałam
18 październik, sobota
Przyznaję to ze wstydem, ale chyba zbabiałam do reszty. I to kompletnie znienacka, dosłownie w jednej chwili. A przecież jeszcze miesiąc temu każdy, kto ośmieliłby się zasugerować mi, że żywo zainteresuję się rozwojem jakiegoś dziecka, w dodatku kilkucentymetrowego i płci póki co jedynie domniemanej, acz budzącej spore emocje, zostałby niemiłosiernie wydrwiony i odesłany do wszystkich diabłów.
I co? Ano zgłupiałam. Ekscytuję się zdjęciem macicy, na której widnieje jedynie jakaś zamazana kropka, będąca – zdaniem osób, posiadających większe kompetencje w odczytywaniu niewyraźnych plam na USG niż ja – małym, kilkutygodniowym człowiekiem, naciągam swoją szczególnie uzdolnioną w zakresie robótek ręcznych rodzicielkę na wydzierganie na drutach jakiegoś słodkiego, maciupciego kubraczka i z większym niż zazwyczaj rozczuleniem zerkam na wystawy sklepów z rozmaitymi akcesoriami dla maluchów. Składając się kompletnie na widok mikroskopijnych butków i skarpeteczek, które są przecież taaakie rozkoszne. Chyba zaczynam się siebie bać.
Uprzedzając wszystkie zatroskane pytania zaszokowanej ludzkości: nie, moje nagle obudzone zapędy quasi-macierzyńskie nie oznaczają bynajmniej, że spodziewam się potomka (tfu, tfu, odpukać). W stanie błogosławionym od paru tygodni znajduje się natomiast moja przyjaciółka N., a ja – wcieliwszy się nieoczekiwanie dla samej siebie w rolę przejętej ciotki – śledzę z zapartym tchem jej codzienne, ciążowe losy, po kilka razy dziennie zaglądając tu. Co tylko utwierdza mnie w niepokojącym podejrzeniu, że fiksacja prenatalna stanowi przypadłość, która dotyka nie tylko przyszłe młode matki, ale – niestety – rozprzestrzenia się również dalej, w związku z czym ulegają jej na przykład szurnięte ciotki. Napęczniałe z dumy tak, jakby co najmniej same miały swój istotny udział w całym akcie poczęcia.
Na szczęście, znając zdrowy rozsądek N., jej poczucie przyzwoitości i niechęć do wszelkiej ostentacji, nie muszę się raczej obawiać, że któregoś pięknego dnia zadzwoni do mnie, aby opowiedzieć mi, jak miewa się jej potomek (wbrew opinii reszty świata twierdzę, że będzie to chłopak i zdania swego zamierzam bronić do upadłego), nazywany przez nią o tyleż pieszczotliwie co obleśnie Pysiaczkiem, Glutkiem albo Niuniusiem. Kompromitujących zdjęć w zaawansowanej ciąży, na łóżku porodowym i w połogu, umieszczanych na naszej-klasie, też się jakoś nie spodziewam. Podobnie jak intymnych wynurzeń na temat wzdęć, rozstępów, laktacji, łożyska i tym podobnych atrakcji, bo taki żenujący ekshibicjonizm jest ostatnią rzeczą, o którą podejrzewałabym N. O stopień jej macierzyńskiego zdurnienia jestem więc spokojna. Tyle, że w przyrodzie podobno nic nie ginie.
Mam zatem nadzieję, że cały ten pierdolec nie przeniesie się jakimś dziwnym trafem na mnie. Bo jeśli któregoś dnia sama zacznę ekscytować się kupką, bredzić w amoku o wyrzynających się ząbeczkach, zachwycać się piętkami, piąsteczkami, paznokietkami i czort wie, czym jeszcze, przysięgam, że coś popełnię. Seppuku najpewniej.
o frustracjach naukowych
16 październik, czwartek
Jestem w nastroju wybitnie nieedukacyjnym. Co i tak nie ma większego znaczenia, bo w poniedziałek tak czy owak zjawić się muszę – jak na porządną studentkę przystało – na pierwszych zajęciach w tym semestrze, a konkretniej na koszmarnie się zwącej interferencji i komunikacji międzykulturowej. Nie chciałabym być złym prorokiem, ale już sama nazwa nie wróży niczego dobrego.
Tak po prawdzie to rok akademicki rozpoczął się właściwie już dobre dwa tygodnie temu, ale leniwce takie jak ja, które w nagłym przypływie zdrowego rozsądku (tudzież pod wpływem gwałtownego ataku kompletnej niefrasobliwości – to się jeszcze okaże…) podziękowały uprzejmie za specjalność nauczycielską, dzięki czemu omija je obecnie przyjemność szerzenia oświaty kagańca wśród rozwydrzonej młodzieży gimnazjalnej i licealnej, do poniedziałku cieszyć się mogą jeszcze względną wolnością.
Tyle, że owa wolność, przyprawiona hojnie wyrzutami sumienia z powodu własnego lenistwa i okraszona w dodatku lękiem o własne życie – tym większym, że całkiem uzasadnionym – to w zasadzie żadna przyjemność. Świadomość, że niebawem zginę z ręki swojego Szanownego Pana Promotora, zapewne rozjuszonego wieścią, że przez ostatnich parę miesięcy nie dokonałam żadnych mądrych odkryć i nie poczyniłam większych naukowych wysiłków, w związku z czym moja Praca Magisterska wciąż znajduje się zaledwie w fazie mglistej koncepcji (by nie rzec: antykoncepcji…), poważnie utrudnia mi bowiem celebrację ostatnich wakacyjnych dni. Tym cenniejszych, że prawdopodobnie ostatnich w studenckiej karierze. I życiu w ogóle.
Z tego wszystkiego naszła mnie więc nieprzeparta chęć, by trochę pomarudzić, co też niniejszym uczynię. Uwaga! Marudzę. Bo:
- Studia są gupie.
- Magisterka jest gupia.
- Mój Pan Promotor jest gupi, ma swój świat, własną czasoprzestrzeń, a do tego sklerozę, gdyż – o czym dowiedziałam się zupełnie przez przypadek – zapomniał poinformować mnie o cokolwiek istotnym fakcie, że jestem poszukiwana przez jednoosobową Pracownię Literatury i Sztuk Popularnych w celu nawiązania współpracy. A mogłam mieć swój udział w książce, która aktualnie się drukuje…
- Mój tegoroczny plan jest gupi, bo zajęcia z niewiadomych przyczyn nie odbywają się w godzinach 18.00-2.00, czyli w porze, w której funkcjonuje mi się najlepiej.
- Progi stypendialne są gupie, bo ze smętną średnią 4,8 pewnie znowu się w nich nie zmieszczę i do tego, aby oskubać uczelnię z pieniędzy na waciki zabraknie mi jakieś 0,0027385421. Będę żyć w nędzy.
- I wreszcie: ja jestem gupia; do końca życia nie napiszę tej cholernej Magisterki, a nawet jeśli, to z racji swych zdolności intelektualnych nie mam większych szans na przystąpienie do obrony przed 2069 rokiem. Najprawodpodobniej nie będę mieć już wtedy zębów, do sali wkroczę odziana w gustowny, babciny garniturek, wielkie majty i pieluchę i za czorta nie będę sobie w stanie przypoomnieć, o czym w ogóle pisałam.
Już mi się nie chce studiować…
•
Moim ideałem jest dojrzeć do dzieciństwa – napisał swego czasu pan Schulz. A ja, spłycając haniebinie jego myśl, najchętniej zajęłabym się teraz realizacją planów rozwoju swej przyszłej kariery zawodowej, które uknułam, mając lat trzy. Moim największym marzeniem było wówczas zostanie tańcowatką i śpiewatką. Sądzę, że czas najwyższy powrócić do tego porzuconego projektu i zostać wreszcie tą tańcowatką.
Może w nocnym klubie?

