o lenistwie

27 listopad, czwartek

Popołudnie zapowiadało się naprawdę ciekawie, jako jedno z tych wspaniałych popołudni, które istnieją wyłącznie po to, by spędzać je na długotrwałym i słodkim far niente, aż do rozkosznego zmęczenia się lenistwem. Rzecz jasna, błogostanu takiego nie osiąga się ot, tak sobie, bez przygotowania i bez planu, uwaliwszy się w pozycji horyzontalnej byle gdzie. Nie, moi drodzy. Wymaga to poprzedzającej go aktywności, tak intelektualnej, jak i fizycznej. Na nieróbstwo, jak mawiają, trzeba sobie zapracować.

Włączyłam Tosię, załadowałam fubara Męską muzyką oraz nowym Fiszem i Emade, zrobiłam sobie kawę, starannie udrapowałam kocyk i wygrzebałam z czeluści półki mistrza Sapkowskiego. Teraz zamierzam oddać się intensywnej celebracji tego rozkosznego popołudnia. Do oporu, aż zmęczę się własnym lenistwem. Zasłużyłam.

o fiołkach w listopadzie

20 listopad, czwartek

Ten dzień przywitał nas ulewą w tym wietrze z syfu z listopada. Pogoda była pod psem, a mój nastrój pod zdechłym kotem. Mimo niesprzyjających okoliczności przyrody, w pospiesznym makijażu, niezbyt eleganckim odzieniu, ale za to w kompletnym uzębieniu zdecydowałam się jednak wychynąć z domu; jak zawsze w ostatniej chwili schwytałam tramwaj, którego numer stanowił, nomen omen, podwojoną liczbę cztery i klnąc w duchu wyjątkowo obelżywymi słowy swoją uległość, wyruszyłam  na spotkanie z Tobą. Przeczuwając, że tu stać się może coś nowego.

Stało się. Fiołki w listopadzie. Permanentne.

Od czasu pierwszego nieśmiałego kwitnienia wiele się zmieniło. Przestałam pisać wiersze i nie budzę się już o 6:38. Obie te czynności wydają mi się najzupełniej zbędne. Zastąpiłam je działaniami o wiele bardziej kreatywnymi i dającymi zdecydowanie więcej banalnie-codziennej satysfakcji. Namiętnie wpycham się więc na Twoją połowę łóżka, zaczepiam Cię dreadami i robię domowy majonez, który Ty jesz łyżkami. Nie mogę zasnąć, dopóki nie wrócisz do domu, a potem wściekam się, że chrapiesz. Zerkam Ci przez ramię, gdy siedzisz przy komputerze i narzekam, że jestem za gruba, choć wiem, że tego nie cierpisz. Trzaskam drzwiami. Boję się Stoimytwarząwtwarzzcywilizacją, znoszę do domu pluszaki, kolczyki oraz rozmaite różowe gadżety i domagam się bajek na dobranoc. Mówię, dużo za dużo. Czasem milknę, uciszona o tyleż skutecznie, co pracochłonnie. Grymaszę, obrażam się, uwielbiam mieć rację.

I chyba zdecydowanie Cię kocham.

o chrapaniu

15 listopad, sobota

Z malutką dedykacją dla pana Julka – mojego ulubionego wieszcza i mistrza oktawy oraz z potężną dedykacją dla pana G. – arcymistrza w chrapaniu, które spać mi nie pozwala.

Kiedy zmęczony upadasz na łoże
już gotów do snu (najpierw się drocząc,
że Ci bezecnie przyprawiam poroże)
ja mam piekielną ochotę się pociąć.
Bo nie pomoże i Święty Boże,
gdy znów nie dane mi będzie wypocząć,
a niemożliwe staje się spanie,
gdy się rozlega Twoje chrapanie.

Najpierw nieśmiałe, jakby trwożliwe,
dla moich uszu dosyć bezpieczne.
Co jest niestety wrażeniem zdradliwym,
trwającym ledwie jedną chwileczkę
i wnet zaczynasz chrapańsko prawdziwe,
a ja rozważam rychłą ucieczkę.
Bo jak niby ulżyć senności przeklętej
leżąc tuż obok orkiestry dętej?!?

Chyba zmuszona będę więc pryskać,
bo coraz bardziej świerzbią mnie ręce,
by je na Twojej szyi zaciskać.
Ty – nieświadomy w łóżku mordercy,
który ni czorta nie może się wyspać,
chrapiesz wciąż głośniej i coraz więcej.
Nie mogąc znieść już takiej udręki,
kryję się wściekła w czeluściach łazienki

i plan obmyślam – niecny, straszliwy,
którego ofiarą padniesz Ty, kotku.
Bo powiedz tak z ręką na sercu, uczciwie,
czyż nie mam racji, knując zemstę słodką?
Więc by zaśnięcie sobie umożliwić,
nie łażąc po nocy jak senna idiotka
i by do ciszy wreszcie Cię zmusić,
przyjdzie mi chyba Ciebie udusić.