o Chłopcach
28 grudzień, niedziela
Na świat przyszli wiosną. Po długim, bo kilkunastogodzinnym, acz na szczęście niezbyt bolesnym porodzie, 17 marca 2007 roku zostałam szczęśliwą matką całkiem licznej gromadki rozkosznych szkrabów. Skłamałabym mówiąc, że nie odczułam w tamtym momencie ogromnego wzruszenia.
Uzbrojona w imponujące pokłady teoretycznej wiedzy dotyczącej pielęgnacji maluchów, od samego początku starałam się opiekować nimi najlepiej, jak tylko można. Problem polegał jednak na tym, że moi Chłopcy już od wczesnego dzieciństwa wykazywali daleko idącą samowolę, w związku z czym skłonienie ich do współpracy stanowiło na ogół spore wyzwanie.
Będąc bandą dosyć śmierdziuchowatą, rozmiłowaną w brudku i swojskim upapraniu, Chłopcy jak ognia unikali na przykład kąpieli. Wili się i wyli, wynajdywali dziesięć tysięcy Niezwykle Ważnych Czynności do wykonania na wczoraj, zaklinali, prosili i grozili, byle tylko uniknąć spotkania z wodą i mydłem. A kiedy już udawało mi się ich dorwać i wyszorować porządnie każdego z osobna, ochoczo pozbywali się tego nienawistnego stanu pierwszorzędnej czystości po maksimum trzech dniach.
W tym celu radośnie nurkowali w kawie, którą – podobnie jak ich matka – uwielbiali nade wszystko. Z nie mniejszym entuzjazmem taplali się również w herbacie oraz w co płynniejszym pożywieniu, a także – od czasu, gdy zaczęłam swoją karierę w mozaikach ceramicznych – w wyjątkowo trudnym do usunięcia kleju. Największą frajdę sprawiało im jednak kolekcjonowanie rozmaitych paprochów: kłaczków, pyłków, piórek, piasku czy źdźbeł trawy, zbieranych pokątnie podczas przemieszczania się po mieście i skrzętnie potem ukrywanych.
Czynność cowieczornego utulania do snu wcale nie przebiegała w ich wykonaniu sprawniej. Chłopcy, zamiast grzecznie spać, wiercili się i kręcili, za skarby świata nie chcąc leżeć spokojnie, wesoło zaczepiali zapadającego w drzemkę G. i domagali się czułości. Dopiero uspokajające poklepywanie i pieczołowite ułożenie ich na poduszce zapewniało im i mnie parę godzin spokojnego snu.
Mimo tych wszystkich wad i przywar moi Chłopcy w gruncie rzeczy stanowili jednak całkiem wdzięczną, niebywale urokliwą gromadkę. Niezależnie od tego, jak bardzo rozczochrani i umorusani, niesforni czy nieskorzy do współpracy, byli moją chlubą i dumą. Wiedziałam o nich wszystko i – jak na kochającą matkę przystało – z zamkniętymi oczami potrafiłam odróżnić Chudziaczka od Rozalka, Sorajta od Fagocyta czy Kwarka od Pana Kulka. Dbałam o nich, rozmawiałam z nimi, otaczałam ich troską i opieką. Od początku zdawałam sobie wszelako sprawę, że nie będą towarzyszyć mi wiecznie. Długo przygotowywałam się więc na ten moment, początkowo zupełnie nie dopuszczając do siebie myśli, że mogłabym tak po prostu się ich pozbyć.
Aż wreszcie nastała odpowiednia chwila. Chłopcy dorośli. Nadszedł czas rozstania.
•
Wczoraj obcięłam moje ukochane dready.


Dziękuję za te wspólnie spędzone miesiące, Chłopcy :*
Jeśli spotkacie w dreadowym niebie Boba Marleya, pozdrówcie go ode mnie.
o szemranym duchu Bożego Narodzenia
23 grudzień, wtorek
Rzecz cała wydarzyła się o zmroku. Kole siedemnastej, jeśli już mamy ściśle trzymać się faktów. W rekordowym tempie przemierzałam właśnie trasę Kapitałka-przystanek tramwajowy na Fredry, z rozwianym dreadem i wywalonym ozorem. Prędkości dodawały mi jeszcze wyrzuty sumienia i dojmujący ból bezgotówkowego istnienia, spowodowany faktem, że chwilę wcześniej – niekoniecznie zgodnie ze swoją wolą – przyczyniłam się do kolejnego zwycięstwa ducha nad materią. Nabywając za ostatnie, z żalem wydarte z portfela pieniądze, potrzebne mi do Magisterki Światło obrazu Barthesa zamiast wyczekiwanych od dawna spodni-rurek. Dokładnie w tej samej cenie, psiakrew.
Pędziłam zatem na złamanie karku, chcąc jak najszybciej znaleźć się w domu i odchorować tę przedświąteczną rozpustę, gdy wtem, jak spod ziemi, wyrosła przede mną jakaś nieznajoma staruszka. Babcia – niewysoka i szczupła, wsparta ciężko na kuli – kręciła się niepewnie przed sklepem papierniczym, w nieufnością zerkając na schody, po których należało zejść, by dostać się do wnętrza sklepu. – Dziewczynko – odezwała się na mój widok głosem wyjątkowo dziarskim jak na słabą staruszkę – czy mogłabyś mi pomóc?
Spieszyłam się, było późno, a ja byłam głodna, zmarznięta i wymemłana. W mojej głowie natychmiast doszło więc do burzliwego zebrania na szczycie: spotkały się, by stoczyć walkę dwa aniołki – ten w czarnej pelerynie to aniołek czarny, ten w białym smokingu to aniołek biały…
- Święta idą, obudź w sobie życzliwość dla bliźnich. Pomóż kobiecie – szepnął aniołek biały. Tak, pomóż! – dodał z przekonaniem czarny aniołek – Kto wie, może babcia jest jednym z duchów Bożego Narodzenia? Nie pomożesz jej, a w nocy przylezą do ciebie jeszcze dwa i znowu się nie wyśpisz. A jeśli jej pomożesz, na pewno zmieni się w miłego elfika i da ci prezent. Na przykład ekspres ciśnieniowy do kawy ze spieniaczem do mleka albo inny, równie przydatny bajer.
Argumenty podziałały. – O co chodzi? – spytałam przyjaźnie, żeby na dzień dobry nie narażać się duchowi. Staruszka, tonem nieznoszącym sprzeciwu, poprosiła, abym zeszła do sklepu i zapytała, czy mają tam taśmę klejącą. Bo ja mam problem, żeby zejść po schodach – wyjaśniła, wskazując na swoją kulę. Zadanie to wydało mi się niezbyt skomplikowane, wypełniłam je więc ochoczo, po czym wróciłam do babci, radośnie komunikując jej, że taśma klejąca w sklepie oczywiście jest, za złoty trzydzieści. Ta pokręciła jednak głową. Nie, chodźmy dalej – zażądała – Tam mają pewnie większy wybór - orzekła, wskazując następny sklep.
Wciąż pozytywnie zaskoczona niezbyt wygórowanymi wymaganiami bożonarodzeniowego ducha, powtórzyłam swoją misję. Wiadomość, że i tutaj nabyć można taśmę klejącą za złoty trzydzieści nie uradowała jednak babci. Pomóż mi zejść! – rozkazała ze złością. Ostrożnie sprowadziłam ją zatem po schodach i weszłyśmy do sklepu. Stojący za ladą miły pan sprawiał wrażenie z lekka zdziwionego osobliwą klientką, która stanowczym głosem zaczęła domagać się taśmy klejącej. Ale nie takiej! – kwitowała z wściekłością każdy demonstrowany jej rodzaj. Pan dwoił się i troił, usiłując dociec, o co u diaska może chodzić tej wybrednej niewieście, zachowując przy tym ujmującą uprzejmość sprzedawcy z prawdziwego zdarzenia, hołdującego zasadzie Klient nasz pan. Ja tymczasem powoli zaczynałam rozumieć, na czym polegała istota spotkania z tym – tylko pozornie przyjaznym – świątecznym duchem.
Duchem wyjątkowo upierdliwym, dodajmy. Staruszka odpowiadała bowiem pełnymi pogardy prychnięciami na wszelkie zapewnienia miłego pana, że taśma klejąca, którą oferuje, jest naprawdę pierwszej jakości. I dokładnie taka, jakiej ona sobie życzy. No nie wiem – odparła z powątpiewaniem, zerkając nieufnie na rolkę trzymanej w ręku przezroczystej taśmy klejącej – Ta mi się wydaje jakaś taka niegładka. Nie ma pan innej?
Pan sprawiał wrażenie człowieka, znajdującego się na skraju załamania nerwowego. Z moim nieśmiałym wsparciem cierpliwie tłumaczył jednak opornej klientce, że taśma z całą pewnością jest gładka, demonstrując dla porównania taśmę matową. A nie, takiej to nie chcę! Chcę tą przezroczystą i gładką! – fuknęła staruszka. Dałabym słowo, że sprzedawca resztkami siły woli powstrzymywał się, by z rozpaczą nie przywalić czołem w blat. Wciąż jednak starał się zachowywać spokój i uprzejmy uśmiech na nieco poczerwieniałym już obliczu. – To co? Zapakować? – wyszeptał słabo. – A czy ona na pewno jest świeża? – zadała ostateczny cios babcia-potwór. Tak! – zakrzyknęliśmy oboje jednocześnie. Pan spojrzał na mnie z bezgraniczną wdzięcznością. I kiedy pomagałam potem staruszce wdrapać się z powrotem po schodach, przez dobrych parę minut wylewnie składał mi świąteczne życzenia. Modląc się zapewne, abyśmy jak najszybciej opuściły jego sklep i nigdy więcej tam nie wracały.
Wreszcie znalazłyśmy się na ulicy. Piekielnie wymęczona, acz niewymownie dumna z wykonanego zadania, poczułam, jak zapala się we mnie iskierka bożonarodzeniowego nastroju. Zanim rozstałam się z tajemniczą staruszką, życzyłam jej zatem zdrowych, spokojnych, radosnych świąt. Taa – odburknęła babcia, z namaszczeniem wdziewając rękawiczki i nie wykazując już najmniejszego zainteresowania moją osobą. Oraz ciśnieniowym ekspresem do kawy, bo w elfika też jakoś niespecjalnie miała ochotę się zamienić. Obejrzawszy raz jeszcze świeżo zakupioną taśmę klejącą, wsparła się po prostu na kuli i spokojnie podreptała w swoją stronę. A ja poczułam się oszukana jak diabli.
Dickens ściemniał!!
•

Drodzy Czytelnicy. A z okazji nadchodzących świąt Bożego Narodzenia chciałabym życzyć Wam autentycznych, absolutnie nieściemnianych miłych chwil, spędzonych w gronie najbliższych, bezkarnego, błogiego i niczym niezakłóconego odpoczynku oraz spełnienia marzeń – zarówno tych bardziej, jak i mniej materialnych, niekoniecznie związanych z ciśnieniowym ekspresem do kawy.
I może jeszcze trochę śniegu na okrasę.
Wesołych świąt!
o tym, że poszłam w komerchę
19 grudzień, piątek
Autorstwo otacza się niemal aurą świętości w świecie, gdzie możliwości obiegu idei na większą skalę są ograniczone. Rozszerzając dostęp do masowej dystrybucji przez sieć, zmieniamy pojmowanie tego, czym jest autorstwo i jakie rodzaje autorytetu powinny być autorom przypisane. Ta zmiana może prowadzić do podwyższonej świadomości istnienia praw własności intelektualnej, w miarę jak coraz więcej ludzi odczuwa, że stworzone przez nich historie są ich własnością. Pisarstwo przejmuje coraz więcej aspektów tradycyjnego folkloru. Prawdopodobnie będzie to prowadziło do demistyfikacji procesu twórczego i zwiększonego uznania wspólnego wymiaru ekspresji.
(H. Jenkins, Kultura konwergencji)
•
Biorąc sobie do serca mądrości, jakich naczytałam się do Pracy Magisterskiej, zgłosiłam swój wirtualny przybytek do udziału w konkursie Blog Roku 2008 (Dowód rzeczowy wspomnianego czynu).
13 stycznia rozpocznie się esemesowe głosowanie, które wyłoni 10 najpopularniejszych blogów, zakwalifikowanych do III etapu konkursu.
Zawsze chciałam poczuć się jak uczestniczka jakiegoś rijalita.

