Na świat przyszli wiosną. Po długim, bo kilkunastogodzinnym, acz na szczęście niezbyt bolesnym porodzie, 17 marca 2007 roku zostałam szczęśliwą matką całkiem licznej gromadki rozkosznych szkrabów. Skłamałabym mówiąc, że nie odczułam w tamtym momencie ogromnego wzruszenia.
Uzbrojona w imponujące pokłady teoretycznej wiedzy dotyczącej pielęgnacji maluchów, od samego początku starałam się opiekować nimi najlepiej, jak tylko można. Problem polegał jednak na tym, że moi Chłopcy już od wczesnego dzieciństwa wykazywali daleko idącą samowolę, w związku z czym skłonienie ich do współpracy stanowiło na ogół spore wyzwanie.
Będąc bandą dosyć śmierdziuchowatą, rozmiłowaną w brudku i swojskim upapraniu, Chłopcy jak ognia unikali na przykład kąpieli. Wili się i wyli, wynajdywali dziesięć tysięcy Niezwykle Ważnych Czynności do wykonania na wczoraj, zaklinali, prosili i grozili, byle tylko uniknąć spotkania z wodą i mydłem. A kiedy już udawało mi się ich dorwać i wyszorować porządnie każdego z osobna, ochoczo pozbywali się tego nienawistnego stanu pierwszorzędnej czystości po maksimum trzech dniach.
W tym celu radośnie nurkowali w kawie, którą – podobnie jak ich matka – uwielbiali nade wszystko. Z nie mniejszym entuzjazmem taplali się również w herbacie oraz w co płynniejszym pożywieniu, a także – od czasu, gdy zaczęłam swoją karierę w mozaikach ceramicznych – w wyjątkowo trudnym do usunięcia kleju. Największą frajdę sprawiało im jednak kolekcjonowanie rozmaitych paprochów: kłaczków, pyłków, piórek, piasku czy źdźbeł trawy, zbieranych pokątnie podczas przemieszczania się po mieście i skrzętnie potem ukrywanych.
Czynność cowieczornego utulania do snu wcale nie przebiegała w ich wykonaniu sprawniej. Chłopcy, zamiast grzecznie spać, wiercili się i kręcili, za skarby świata nie chcąc leżeć spokojnie, wesoło zaczepiali zapadającego w drzemkę G. i domagali się czułości. Dopiero uspokajające poklepywanie i pieczołowite ułożenie ich na poduszce zapewniało im i mnie parę godzin spokojnego snu.
Mimo tych wszystkich wad i przywar moi Chłopcy w gruncie rzeczy stanowili jednak całkiem wdzięczną, niebywale urokliwą gromadkę. Niezależnie od tego, jak bardzo rozczochrani i umorusani, niesforni czy nieskorzy do współpracy, byli moją chlubą i dumą. Wiedziałam o nich wszystko i – jak na kochającą matkę przystało – z zamkniętymi oczami potrafiłam odróżnić Chudziaczka od Rozalka, Sorajta od Fagocyta czy Kwarka od Pana Kulka. Dbałam o nich, rozmawiałam z nimi, otaczałam ich troską i opieką. Od początku zdawałam sobie wszelako sprawę, że nie będą towarzyszyć mi wiecznie. Długo przygotowywałam się więc na ten moment, początkowo zupełnie nie dopuszczając do siebie myśli, że mogłabym tak po prostu się ich pozbyć.
Aż wreszcie nastała odpowiednia chwila. Chłopcy dorośli. Nadszedł czas rozstania.
•
Wczoraj obcięłam moje ukochane dready.


Dziękuję za te wspólnie spędzone miesiące, Chłopcy :*
Jeśli spotkacie w dreadowym niebie Boba Marleya, pozdrówcie go ode mnie.


Pozdrowienia dla Chłopców!
a teraz czas hodować długie i lśniące dziewuszki ;)
jak scinalem swoje, tez mi smutno bylo, ale moje pewnie poszly do piekla razem z alicja
Niech spoczywają w pokoju. Ale i tak uparcie będę twierdzić, że diabelnie Ci w nich było do twarzy ^^