o tym, że dziewczyny płaczą

24 styczeń, sobota

Przepraszam najmocniej, czy są na sali jakieś feministki? Nie, żebym była niegościnna, ale mam szczerą nadzieję, że nie zdarza im się zaglądać tutaj zbyt często. Żywię bowiem niejasne podejrzenie, że słowa, które za chwilę napiszę, mogłyby spotkać się z ich gorącym sprzeciwem. Wyrazem zaś owego sprzeciwu byłoby najpewniej obrzucenie mnie resztkami z obiadu, pochodzącymi z jakiejś szpitalnej stołówki, zakneblowanie skarpetką i odgryzienie rąk do samych łokci, aby uniemożliwić mi dalsze wygłaszanie – zarówno w mowie, jak i piśmie – herezji, które zamierzam tu zaraz zwerbalizować.

Co też niniejszym czynię: niech nam żyje patriarchalny model kultury i przekonanie o wyższości mężczyzn nad kobietami! Dzięki stereotypowym etykietkom słabych, tkliwych, niezrównoważonych emocjonalnie gęsi, które tradycyjnie zwykło się przyklejać większości przedstawicielek niewieściego rodu, mogę bowiem bezkarnie dawać upust swoim frustracjom. Skwapliwie korzystam zatem z każdej sposobności. W tym celu znalazłam sobie nawet nowe hobby.

Wiecznie walcząca ze swoją wagą Oprah Winfrey otwarcie przyznaje się do nadużywania jedzenia w chwilach wzmożonego stresu. Anthea Turner, żyjąca pod ciągłą presją posiadania perfekcyjnie posprzątanej łazienki, perfekcyjnie wyprasowanych obrusów i perfekcyjnie usmażonych kotletów najprawdopodobniej posiada w ogródku jakąś sprytnie zamaskowaną krzaczorami szopkę, w której zamyka się raz na jakiś czas i dla odreagowania napięcia tłucze słoiki, rąbie krzesła siekierą, pije piwsko, wybekuje IX Symfonię i wykrzykuje słowa, które perfekcyjnej pani domu nie bardzo przystoją. Ja natomiast, w ramach walki ze stresem, oddaję się z lubością swojej niedawno odkrytej pasji, polegającej na tym, że średnio raz w tygodniu pozwalam sobie na popisowy atak histerii.

Oczyszczająca sesja niepohamowanego ryku, połączonego z intensywnym użalaniem się nad sobą, odbywa się zazwyczaj w porach wieczornych i następuje najczęściej bez zapowiedzi, chwilę po tym, jak zwinę się bezradnie w kłębek gdzieś pośrodku swojego łóżka. Czas jej trwania jest zaś na ogół wprost proporcjonalny do ilości Bardzo Ważnych Rzeczy, które muszę niezwłocznie zrobić oraz Niezwykle Istotnych Spraw, jakie powinnam jak najrychlej pozałatwiać. Miło, jeśli takiemu dzikiemu napadowi płaczu towarzyszy wsparcie zatroskanego G., podejmującego w tej sytuacji heroiczne próby uspokojenia mnie za pomocą cierpliwego przytul-ukochaj oraz pieszczotliwego zwracania się do mnie per Pyszczku lub Szaranowiczku (za diabła nie wiem, czemu akurat Szaranowiczku). Pomoc publiczności nie jest wszakże niezbędna.

Po wylaniu przepisowej ilości łez, kilkakrotnym stanowczym skonstatowaniu, żem bezużyteczna – i to zarówno pod względem intelektualnym, jak i zawodowym – oraz dłuższej chwili pogłębionej refleksji nad tym, że jestem gruba, brzydka i do niczego się nie nadaję, następuje bowiem samoistne katharsis. Objawiające się w pierwszej kolejności wzmożoną potrzebą zapalenia papierosa, na którego muszę niestety doczłapać się na balkon. Zwlekam się więc z łóżka, zmywam resztki rozkosznie rozmazanego makijażu, wychodzę zapalić, a po powrocie jestem już opanowana i pełna energii do działania. W związku z czym spokojnie mogę zabrać się za załatwianie wszystkich Niezwykle Istotnych Spraw, które teraz absolutnie nie wydają mi się straszne. Nie ma to jak konstruktywny atak histerii.

A jak ten przydługi wywód ma się do mojej krytyki krytyki feministycznej? Bardzo. Według powszechnie przyjętego w społeczeństwie patriarchalnym stereotypu chłopaki nie płaczą. Na szczęście dziewczyny – owszem.

Ludzie chyba nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. A w razie gdybym z jakichś przyczyn miała ochotę nagle zacząć powątpiewać w tę prawdę, z pomocą natychmiast spieszą mi uczynni użytkownicy pewnego internetowego forum dyskusyjnego (nazwę wspaniałomyślnie przemilczę), po którym – z uporem godnym lepszej sprawy i trudnymi do racjonalnego uzasadnienia zapędami w kierunku samoumartwiania się – dość często zdarza mi się buszować. Najprawdopodobniej dlatego, że lubię ekstremalne doznania intelektualne. Użytkownicy ci ochoczo utwierdzają mnie w przeświadczeniu, że są rzeczy w niebie i na ziemi, o których nawet najodważniejsi filozofowie baliby się śnić.

Żeby nie być gołosłownym – drobna próbka wzruszających wyznań i rozbrajających pytań forumowych, po lekturze których wypada poważnie zaniepokoić się obecnym poziomem nauczania biologii w podstawówkach i gimnazjach. Dla pełnego efektu pozostawiam oryginalny zapis graficzny. Proszę bardzo, ku uciesze:

Użytkowniczka o wdzięcznym nicku przeżywa szok:

To podczas okresu można zajść w ciąże? Jak to możliwe jeżeli po okresie ma sie zazwyczaj dni nie płodne a plemniki raczej nie przeżyją tego czasu dni bezpłodnych zęby dotrzeć później do jajeczka…

Jej światopogląd upada. Wysłuchawszy opowieści o jajeczkach, owulacji i cyklu miesiączkowym dziewczę wysila więc umysł:

jezeli kobieta ma okres to scianki (te w brzuchu) ktore przy zaplodnieniu daja zabezpieczenie zarodkowi one sie skraplaja to jak w tym czasie moze byc jajeczko w srodku?

Tak. Ścianki się skraplają. Ciąg dalszy cierpliwych wyjaśnień doprowadza wreszcie użytkowniczkę do względnej iluminacji. Tryumfalny wniosek jej burzliwego procesu myślowego brzmi:

Czyli wychodzi na to ze w czasie miesiaczki ma sie dni plodne?

Bingo!

Następna userka dzieli się na forum swoją urzekającą historią:

Dzisiaj uprawiałam seks z chłopakiem i było wszystko ok… Ale potem gdy chłopak jużposzedł zaczeło strasznie kręcić mi sie w głowie… chciało mi siętylko spać i odbijało mi się.. Odrazu pomyślałam sięże zaszłam w ciąże..,ale objawy nie mogę wystąpić chyba tego samego dni?? Wieć odrazu pomyślałam o poprzednim stosunku.. I dodam ,że mineło już jakiś miesiąc ..I zauwazyłam ,że mam większe piersi oraz lekko przytyłam i jescze teraz te bóle.. Tylko ,że jest jedna rzecz z tydzien temu po tym pierwszym stosunku miałam okres ,ale był krótki.. Czy mogę być wciąży ??Błagam pomóżcie bo już mi głowa siada…

Droga użytkowniczko! Nie ma powodów do obaw. Siadanie głowy jest jednym z najczęstszych objawów zaawansowanej ciąży. Z Big Makiem. Z poważaniem: do głębi przejęta redakcja.

Pytanie z gatunku egzystencjalnych, spędzające sen z powiek innej dociekliwej userce:

Czy przez seks oralny można zajść w ciąże? jak chlopak sie spusci do buzi i polkniemy sperem czy tak tez mozna zajsc w ciaze? prosze o odp!!! pozdrowionka

Pewnie, że można. W pozamaciczną. Pod kolanem. Pozdrowionka, uściski, buziaczki.

old_ladyChyba zaczynam tracić odporność na podobne wynaturzenia. Powoli godzę się więc z myślą, że za kilka lat nie pozostanie mi nic innego, jak przyjmować życzenia z okazji wczorajszego, babcinego święta. Biorąc pod uwagę zastraszającą prędkość wzrostu poziomu mojej pruderii i generalnego zgorszenia czasami, jakie nastały, niewątpliwie będą one bardzo na miejscu.

Przyszłych winszujących już teraz upraszam uprzejmie o dołączanie do życzeń tomiszcza Mów przeciwko Katylinie, ze starannie zaznaczoną sentencją O tempora, o mores! oraz barchanowych majtów. Bielizna oczywiście winna być pozbawiona jakichkolwiek wstążeczek czy inszych frymuśnych koronek. Bo to się przecież nie godzi.

Wczorajszy poranek powitałam w wyjątkowo dobrym nastroju. Dziesięć godzin błogiego, niezakłóconego dźwiękami podłego budzika snu zrobiło swoje, a do tego panująca na świecie aura okazała się nadspodziewanie sympatyczna. Do tego stopnia, że wychynięcie na balkon na pierwszego papierosa nie przyprawiło mnie o zimne dygoty i chęć wskoczenia jeszcze na pół godzinki pod ciepłą kołderkę. Moje zdanie w kwestii pogody podzielały najwyraźniej także śnieżne zaspy, zalegające malowniczo na wspomnianym balkonie, bo zaczęły chyba przymierzać się w końcu do przekształcenia w nieco mniej malownicze kałuże. Czyżby nieśmiałe ocieplenie i odniesienie nas z powrotem z okolic dalekiej Rasiji?

Pokrzepiona tym porannym odkryciem meteorologicznym uznałam, że czas najwyższy, abym i ja wyrwała się wreszcie z zimowego marazmu. Postanowiłam więc, że spędzę dzień na działaniach naprawdę konstruktywnych. Przeobrażając się w kurę domową z prawdziwego zdarzenia.

W pierwszej kolejności chwyciłam się zatem za szycie. Odkrywając przy okazji, że posiadam w domu  najprawdziwszy koszyczek do robótek ręcznych, zaopatrzony w dodatku w całkiem imponującą ilość nici, igieł, guzików i całą resztę rozmaitych akcesoriów, niezbędnych każdej szanującej się szwaczce. Których – jako szwaczka szanująca się nieco mniej – nie potrafię nawet nazwać. Co nie przeszkodziło mi w zaszyciu za ich pomocą spodni.

Następne na liście zadań do wykonania było pranie. Ręczne i wyjątkowo wredne, acz niebywale satysfakcjonujące. Mogłam oczywiście ułatwić sobie nieco sprawę i skorzystać z pralki, jak uczyniłby każdy rozsądny człowiek na moim miejscu, uznałam jednak, że takie udogodnienia dobre są dla mięczaków, a nie idealnej gospodyni domowej, na miano której zapragnęłam zasłużyć.

Zakończywszy intensywne pławienie się w wodzie z mydlinami, zabrałam się za odkurzanie wyjątkowo opornego na czyszczenie dywanu. Co okazało się być całkiem sporym wyzwaniem, bo aby przywrócić mu stan względnej świeżości, przyszło mi szorować go ponad godzinę, na kolanach, techniką zbliżoną do mycia podłogi za pomocą szczoteczki do zębów. Wysiłek się opłacił – najstarsi górale nie pamiętają takiego blasku w moim pokoju. Ja zresztą też nie.

A na finał, by domowymanthea_turner aktywnościom stało się zadość, własnoręcznie ukręciłam dla G. spory słój bielutkiego, puszystego jak chmurka majonezu.

Zadowolona jak diabli z siebie i wszystkich tych Niezwykle Podniosłych Czynów, których udało mi się dokonać, zrobiłam sobie zasłużoną kawę. Uważając, by przy okazji nie naświnić w kuchni.

Mam tylko nadzieję, iż nie oznacza to, że zaczynam zamieniać się w Antheę Turner. Prawdę mówiąc strasznie się jej boję.