o tym, że zostałam perfekcyjną panią domu

Wczorajszy poranek powitałam w wyjątkowo dobrym nastroju. Dziesięć godzin błogiego, niezakłóconego dźwiękami podłego budzika snu zrobiło swoje, a do tego panująca na świecie aura okazała się nadspodziewanie sympatyczna. Do tego stopnia, że wychynięcie na balkon na pierwszego papierosa nie przyprawiło mnie o zimne dygoty i chęć wskoczenia jeszcze na pół godzinki pod ciepłą kołderkę. Moje zdanie w kwestii pogody podzielały najwyraźniej także śnieżne zaspy, zalegające malowniczo na wspomnianym balkonie, bo zaczęły chyba przymierzać się w końcu do przekształcenia w nieco mniej malownicze kałuże. Czyżby nieśmiałe ocieplenie i odniesienie nas z powrotem z okolic dalekiej Rasiji?

Pokrzepiona tym porannym odkryciem meteorologicznym uznałam, że czas najwyższy, abym i ja wyrwała się wreszcie z zimowego marazmu. Postanowiłam więc, że spędzę dzień na działaniach naprawdę konstruktywnych. Przeobrażając się w kurę domową z prawdziwego zdarzenia.

W pierwszej kolejności chwyciłam się zatem za szycie. Odkrywając przy okazji, że posiadam w domu  najprawdziwszy koszyczek do robótek ręcznych, zaopatrzony w dodatku w całkiem imponującą ilość nici, igieł, guzików i całą resztę rozmaitych akcesoriów, niezbędnych każdej szanującej się szwaczce. Których – jako szwaczka szanująca się nieco mniej – nie potrafię nawet nazwać. Co nie przeszkodziło mi w zaszyciu za ich pomocą spodni.

Następne na liście zadań do wykonania było pranie. Ręczne i wyjątkowo wredne, acz niebywale satysfakcjonujące. Mogłam oczywiście ułatwić sobie nieco sprawę i skorzystać z pralki, jak uczyniłby każdy rozsądny człowiek na moim miejscu, uznałam jednak, że takie udogodnienia dobre są dla mięczaków, a nie idealnej gospodyni domowej, na miano której zapragnęłam zasłużyć.

Zakończywszy intensywne pławienie się w wodzie z mydlinami, zabrałam się za odkurzanie wyjątkowo opornego na czyszczenie dywanu. Co okazało się być całkiem sporym wyzwaniem, bo aby przywrócić mu stan względnej świeżości, przyszło mi szorować go ponad godzinę, na kolanach, techniką zbliżoną do mycia podłogi za pomocą szczoteczki do zębów. Wysiłek się opłacił – najstarsi górale nie pamiętają takiego blasku w moim pokoju. Ja zresztą też nie.

A na finał, by domowymanthea_turner aktywnościom stało się zadość, własnoręcznie ukręciłam dla G. spory słój bielutkiego, puszystego jak chmurka majonezu.

Zadowolona jak diabli z siebie i wszystkich tych Niezwykle Podniosłych Czynów, których udało mi się dokonać, zrobiłam sobie zasłużoną kawę. Uważając, by przy okazji nie naświnić w kuchni.

Mam tylko nadzieję, iż nie oznacza to, że zaczynam zamieniać się w Antheę Turner. Prawdę mówiąc strasznie się jej boję.

5 Responses

  1. Mnie ona też przeraża. Ale nie martw się, idę o zakład, że pani Turner dałaby Ci co najmnej 252536 i pół wskazówki co do tego, jak każdą z tych czynnosci wykonać lepiej ^^

  2. :D
    nie wiem czy idealna gospodynie w między czasie nie powinna zrobić sobie idealnego makijażu… :)

    imponująca lista zajęć, ale sympatię najbardziej wzbudzało twoje podejście do pracy. Osobiście bardzo cenię taką cechę i zdolność do cieszenia się z tego co się robi, nawet jeśli jest to coś męczącego lub związane ze zwykłą rutyną dnia. Kiedy człowiek docenia to co robi (że może to robić) dzień staje się o wiele cenniejszy i przyjemniejszy mimo zadań z jakimi przychodzi nam się zmierzyć :)

  3. A robiłaś to wszystko with a pinch of love?

  4. A twierdziłaś, że nie ćwiczysz! ;P
    Ładnie, ładnie. I jak dobrze się czyta :)

  5. To może w Marthę Stewart?

Leave a Reply