o filologu w branży IT

18 luty, środa

Życie po raz kolejny udowodniło, że diagnoza, sformułowana ładnych parę wieków temu przez wujaszka Willa, dotycząca ograniczonych onirycznych możliwości filozofów, którym pewne rzeczy nigdy się nie śniły, okazała się nad wyraz trafna. Tyle, że ja poszerzyłabym ją nieco, dodając do tej mało wizjonerskiej gromadki mojego informatyka z ogólniaka.

Pan ten – będąc, nawiasem mówiąc, człowiekiem wyjątkowo małej wiary – przez cały okres mej informatycznej edukacji uważał mnie bowiem za przypadek absolutnie beznadziejny. Jego przekonanie o moich mocno ograniczonych zdolnościach intelektualnych w zakresie obsługi komputera i poruszania się po sieci było tak silne, że zaowocowało ostatecznie żenującą trójczyną, jaką łaskawie obdarzył mnie na zakończenie naszej umiarkowanie przyjemnej współpracy. Żal o to pielęgnuję w sobie do dziś, bo była to jedyna trója na moim świadectwie maturalnym – nawet z fizyki i chemii miałam piątki.

Z jakąż dziką radością obserwowałabym zatem reakcję wyżej wymienionego na wieść o tym, że od tygodnia cieszę się nową pracą w – siurpryza, proszę pana! – branży internetowej. Podejrzewam, że ów szanowny informatyk dowiedziawszy się o tym, mógłby najzwyczajniej w świecie paść rażony atakiem apopleksji. Co  średnio dobrze by się składało, ponieważ nie zdążyłabym wówczas uraczyć go na dobicie radosną historią o tym, jak to przez ostatnich parę dni siedziałam dziarsko z moją Tosią i, popijając przepyszną kawę (nauczenie się obsługi firmowego ekspresu było moim pierwszym zawodowym osiągnięciem, z którego jestem dumna jak diabli), zgłębiałam wiedzę tajemną. Dzięki czemu ochoczo mogłabym wdać się z nim teraz w pogawędkę na temat łebdwazero, start-upów, funduszy venture capital, inkubatorów przedsiębiorczości, prezentacji w stylu Pecha-Kucha (w piczakucza się zakochałam, bo ta nazwa brzmi przecudnie!) i paru innych fascynujących zagadnień, które – być może dlatego, że dla mojego filologicznego umysłu całkowicie nowe i egzotyczne – autentycznie zaczynają mnie pociągać.

Tylko czy warto marnować czas i energię na konwersację z indywiduum, które nie istnieje nawet we wszystkowiedzącym wujaszku Gugle, a więc – de facto – nie istnieje w ogóle? Pff.

Z tego wszystkiego 28 lutego zamierzam wybrać się na pierwszy w życiu Barcamp. Tym bardziej, że gościem specjalnym spotkania będzie tym razem Michał Brański – jeden ze współzałożycieli o2, który opowie (a przynajmniej mam nadzieję, że opowie, w przeciwnym razie moja błyskotliwa notka na temat jego prezentacji okaże się wierutnym kłamstwem, a tego wolałabym uniknąć) między innymi o szeroko pojętym marketingu internetowym, perspektywach rozwoju start-upów i paru innych rzeczach, związanych z uruchamianiem nowych projektów w sieci, o których mam zapewne zaledwie dość mgliste pojęcie. Jeśli w ogóle je mam.

A ponieważ granice percepcji mojego filologicznego umysłu ulegają ostatnio systematycznemu poszerzaniu się, przeczuwam w kościach, że słuchając tej prezentacji, mam spore szanse doświadczyć już czegoś w rodzaju jakiejś małej epifanijki. Oczywiście pod warunkiem, że będę siedzieć cicho i nie zrobię z siebie ostatniego głupka, pytając znienacka o Pudla.

Już teraz  ślubuję więc uroczyście: nie zapytam o Pudla, nie zapytam o Pudla, nie zapytam o Pudla, nie zapytam.

Muszę się do czegoś przyznać. Otóż pławiąc się w odmętach ponowoczesnej teorii literatury, zanurzona po szyję w szeroko pojętej konwergencji i zalewana ze wszech stron falami kultury popularnej, do których usilnie staram się wymyślić wystarczająco mądrą interpretację – tęsknię za językoznawstwem. I to takim najpodlejszym, w jego obrzydliwie strukturalistycznej odsłonie. Nic na to nie poradzę.

Brak mi subtelnego uroku długonogiej ngi, artykułowanej tylko w niektórych rejonach Polski i tylko na niektórych obszarach języka. Tych skrajnie tylnych konkretnie, co tylko dodaje jej pikanterii. Tęskno mi do matematycznej precyzji kryteriów repartycji końcówek przypadkowych, banalnie jednofunkcyjnych morfemów formacjotwórczych, których cała populacja mieści się na zaledwie jednej stroniczce A4 i wzruszająco poukładanej klasyfikacji kategorii gramatycznych imiennych i werbalnych. A najbardziej ckni mi się do wszystkich tych dramatów  i mrocznych tajemnic, kryjących się pokątnie gdzieś pośród tego pozornego gramatycznego ładu.

Z jakąż rozkoszą ponownie zajęłabym się tropieniem co najmniej podejrzanych stosunków składniowych, zachodzących między szemranymi elementami wypowiedzenia! Ach, ileż wzruszenia dostarczyłoby mi śledzenie tragicznego losu minimalnych par diakrytycznych, z jakąż emocją pożałowałabym ubogiego paradygmatu defektywnego i zapłakała nad niewdzięcznością, jaką zły świat odpłaca się modulantom, całkowicie kwestionując ich istnienie i całą zasługę przypisując emerytkom-partykułom, przestarzałym wiedźmom!

Bo czyż językoznawstwo w takim ujęciu nie ma w sobie czegoś z magii, potężnego pierwiastka czystej poezji?

A tymczasem powracam do pana Foucaulta:

Zamiast zabierać głos, wolałbym raczej być objęty przez mowę i niesiony poza wszelki możliwy początek. Pragnąłbym zobaczyć się dopiero w chwili, gdy mówię głosem bez imienia poprzedzającego mnie od dawna. Wystarczyłoby mi wtedy powiązać, podążyć za zdaniem, usadowić się, nie zdając sobie z tego sprawy, w jego szczelinach, tak jakby ono samo dawało mi znak, utrzymując się, w danej chwili, w zawieszeniu. Nie byłoby wtedy początku, a ja sam, zamiast być tym, od którego pochodzi dyskurs, byłbym raczej zdany na przypadkowość jego biegu, niczym wielkie niedopełnienie, punkt jego możliwego zaniku*

Czy ja również mogę zrezygnować z tego piekielnie trudnego początku i całej wątpliwej przyjemności zaczynania swojej Pracy Magisterskiej? Byłoby mi o niebo łatwiej, gdyby ten punkt programu wolno mi było ominąć. Bo potem to już z górki. Podobno.


* cytat z dedykacją dla antypostmodernistycznego G. ;>

Dziś rano pojechałam do pracy autobusem. I nie byłoby w tym nic na tyle osobliwego czy interesującego, by smażyć na tę intencję kolejną notkę na blogu, gdyby nie fakt, że za kierownicą rzeczonego pojazdu zasiadał dumnie sam Ben Affleck. Trochę się co prawda chłopak ostatnimi czasy zapuścił, bo wyraźnie przytyło mu się ładnych parę kilo i urósł mu drugi – kwalifikujący się, nawiasem mówiąc, do natychmiastowego ogolenia – podbródek, ale nie mam najmniejszych wątpliwości co do jego tożsamości – to był Ben Affleck, jak w pysk dał. W dodatku wykonujący swoją pracę z podziwu godnym zaangażowaniem.

Z miną tak poważną i skupioną, jakby pilotował co najmniej samolot wojskowy a nie miejski autobus, brawurowo zmieniał pasy, wymijał jadące samochody i sobie tylko wiadomym sposobem załapywał się w ostatniej chwili na resztki zielonego światła, dzięki czemu na miejsce udało mi się dotrzeć w rekordowym czasie. A na domiar wszystkiego był miły! Na każdym z przystanków czekał bowiem cierpliwie, aż do pojazdu wgramolą się wszystkie obładowane siatami, laskami i wnukami staruszki, ruszał łagodnie i hamował bez telemarków, a to wśród dzisiejszych kierowców jest doprawdy rzadkością. Ciekawe, ile poznańskie MPK płaci mu za taki jeden kursik? I skąd bierze pieniądze, żeby zatrudniać Bena Afflecka??

Na tym jednak nie koniec moich nieoczekiwanych spotkań z gwiazdami światowego formatu. Jakiś czas temu niewiele brakowało, a stałabym się uczestnikiem czołowego zderzenia z Anthonym Hopkinsem, który w mojej przydomowej Biedronce wyskoczył znienacka zza półki. Normalnie taką kolizję zaliczyłabym z całą pewnością do udanych – wszak pan Hopkins wielkim aktorem jest i to zaszczyt móc go staranować przy okazji robienia zakupów, problem polegał jednak na tym, że nie był on niestety jakoś specjalnie podobny do pułkownika Ludlowa z Wichrów namiętności, prezentował się za to jak – wypisz wymaluj – doktor Hannibal Lecter. I to w swojej najlepszej formie. A że oboje znajdowaliśmy się akurat podejrzanie blisko mrożonek, w tym mięsnych i niewątpliwie martwych, wolałam nie ryzykować, toteż zamiast wylewnie się przywitać i entuzjastycznie poprosić o autograf, przezornie czmychnęłam w kierunku zdecydowanie bezpieczniejszego nabiału. Zaś pan Hopkins, nie budzący najwyraźniej żadnej sensacji wśród reszty klienteli, podreptał grzecznie do kasy ze swoimi zakupami. I tyle z mojego autografu.

Na całe szczęście moje kontakty z celebrytkami płci żeńskiej są zdecydowanie bardziej zażyłe. Na przykład z Lily Allen, u której regularnie kupuję papierosy. Muszę przyznać, że dziewczyna jest nie tylko sympatyczna, ale i ma doskonałą pamięć – po kilku wizytach w jej sklepiku nie muszę już nawet mówić, które chcę – sięgam tylko do portfela po siedem dwadzieścia, a ona z uśmiechem podaje mi moje różowe śmierdziuchy. A ponieważ jest taka miła, wybaczyłam jej już nawet, że jej ostatnia płyta, na którą czekałam z taką niecierpliwością, okazała się być okrutnym rozczarowaniem, zaś heroiczna próba przesłuchania tego żenującego gniota niechybnie pozostawiła na mojej psychice jakiś trwały ślad. Wystarczy, że papierosy Lily sprzedaje koncertowo.

Zastanawiam się tylko, czy fakt, że widuję wszystkie te sławne postaci, w dodatku w Poznaniu i to w dość nietypowych jak na celebrytów okolicznościach, powinien już zacząć mnie niepokoić. I czy może on mieć coś wspólnego z tym, że od pewnego czasu zaczęłam urządzać sobie wieczorami Dyskretne Kwadransiki Na Pudlu.

Tyle, że to naprawdę nie moja wina, że o Słowackim czy Wojaczku, których życiorysy – choćby ze względów naukowych – zawsze bardzo mnie interesowały, Pudel jakoś nie bardzo chce pisać. I że o Benie Afflecku czy Lily Allen pisze za to nad wyraz chętnie.