o niemiłych złego początkach
15 luty, niedziela
Muszę się do czegoś przyznać. Otóż pławiąc się w odmętach ponowoczesnej teorii literatury, zanurzona po szyję w szeroko pojętej konwergencji i zalewana ze wszech stron falami kultury popularnej, do których usilnie staram się wymyślić wystarczająco mądrą interpretację – tęsknię za językoznawstwem. I to takim najpodlejszym, w jego obrzydliwie strukturalistycznej odsłonie. Nic na to nie poradzę.
Brak mi subtelnego uroku długonogiej ngi, artykułowanej tylko w niektórych rejonach Polski i tylko na niektórych obszarach języka. Tych skrajnie tylnych konkretnie, co tylko dodaje jej pikanterii. Tęskno mi do matematycznej precyzji kryteriów repartycji końcówek przypadkowych, banalnie jednofunkcyjnych morfemów formacjotwórczych, których cała populacja mieści się na zaledwie jednej stroniczce A4 i wzruszająco poukładanej klasyfikacji kategorii gramatycznych imiennych i werbalnych. A najbardziej ckni mi się do wszystkich tych dramatów i mrocznych tajemnic, kryjących się pokątnie gdzieś pośród tego pozornego gramatycznego ładu.
Z jakąż rozkoszą ponownie zajęłabym się tropieniem co najmniej podejrzanych stosunków składniowych, zachodzących między szemranymi elementami wypowiedzenia! Ach, ileż wzruszenia dostarczyłoby mi śledzenie tragicznego losu minimalnych par diakrytycznych, z jakąż emocją pożałowałabym ubogiego paradygmatu defektywnego i zapłakała nad niewdzięcznością, jaką zły świat odpłaca się modulantom, całkowicie kwestionując ich istnienie i całą zasługę przypisując emerytkom-partykułom, przestarzałym wiedźmom!
Bo czyż językoznawstwo w takim ujęciu nie ma w sobie czegoś z magii, potężnego pierwiastka czystej poezji?
•
A tymczasem powracam do pana Foucaulta:
Zamiast zabierać głos, wolałbym raczej być objęty przez mowę i niesiony poza wszelki możliwy początek. Pragnąłbym zobaczyć się dopiero w chwili, gdy mówię głosem bez imienia poprzedzającego mnie od dawna. Wystarczyłoby mi wtedy powiązać, podążyć za zdaniem, usadowić się, nie zdając sobie z tego sprawy, w jego szczelinach, tak jakby ono samo dawało mi znak, utrzymując się, w danej chwili, w zawieszeniu. Nie byłoby wtedy początku, a ja sam, zamiast być tym, od którego pochodzi dyskurs, byłbym raczej zdany na przypadkowość jego biegu, niczym wielkie niedopełnienie, punkt jego możliwego zaniku*
Czy ja również mogę zrezygnować z tego piekielnie trudnego początku i całej wątpliwej przyjemności zaczynania swojej Pracy Magisterskiej? Byłoby mi o niebo łatwiej, gdyby ten punkt programu wolno mi było ominąć. Bo potem to już z górki. Podobno.
* cytat z dedykacją dla antypostmodernistycznego G. ;>
o tym, że Poznań pełen jest celebrytów
11 luty, środa
Dziś rano pojechałam do pracy autobusem. I nie byłoby w tym nic na tyle osobliwego czy interesującego, by smażyć na tę intencję kolejną notkę na blogu, gdyby nie fakt, że za kierownicą rzeczonego pojazdu zasiadał dumnie sam Ben Affleck. Trochę się co prawda chłopak ostatnimi czasy zapuścił, bo wyraźnie przytyło mu się ładnych parę kilo i urósł mu drugi – kwalifikujący się, nawiasem mówiąc, do natychmiastowego ogolenia – podbródek, ale nie mam najmniejszych wątpliwości co do jego tożsamości – to był Ben Affleck, jak w pysk dał. W dodatku wykonujący swoją pracę z podziwu godnym zaangażowaniem.
Z miną tak poważną i skupioną, jakby pilotował co najmniej samolot wojskowy a nie miejski autobus, brawurowo zmieniał pasy, wymijał jadące samochody i sobie tylko wiadomym sposobem załapywał się w ostatniej chwili na resztki zielonego światła, dzięki czemu na miejsce udało mi się dotrzeć w rekordowym czasie. A na domiar wszystkiego był miły! Na każdym z przystanków czekał bowiem cierpliwie, aż do pojazdu wgramolą się wszystkie obładowane siatami, laskami i wnukami staruszki, ruszał łagodnie i hamował bez telemarków, a to wśród dzisiejszych kierowców jest doprawdy rzadkością. Ciekawe, ile poznańskie MPK płaci mu za taki jeden kursik? I skąd bierze pieniądze, żeby zatrudniać Bena Afflecka??
Na tym jednak nie koniec moich nieoczekiwanych spotkań z gwiazdami światowego formatu. Jakiś czas temu niewiele brakowało, a stałabym się uczestnikiem czołowego zderzenia z Anthonym Hopkinsem, który w mojej przydomowej Biedronce wyskoczył znienacka zza półki. Normalnie taką kolizję zaliczyłabym z całą pewnością do udanych – wszak pan Hopkins wielkim aktorem jest i to zaszczyt móc go staranować przy okazji robienia zakupów, problem polegał jednak na tym, że nie był on niestety jakoś specjalnie podobny do pułkownika Ludlowa z Wichrów namiętności, prezentował się za to jak – wypisz wymaluj – doktor Hannibal Lecter. I to w swojej najlepszej formie. A że oboje znajdowaliśmy się akurat podejrzanie blisko mrożonek, w tym mięsnych i niewątpliwie martwych, wolałam nie ryzykować, toteż zamiast wylewnie się przywitać i entuzjastycznie poprosić o autograf, przezornie czmychnęłam w kierunku zdecydowanie bezpieczniejszego nabiału. Zaś pan Hopkins, nie budzący najwyraźniej żadnej sensacji wśród reszty klienteli, podreptał grzecznie do kasy ze swoimi zakupami. I tyle z mojego autografu.
Na całe szczęście moje kontakty z celebrytkami płci żeńskiej są zdecydowanie bardziej zażyłe. Na przykład z Lily Allen, u której regularnie kupuję papierosy. Muszę przyznać, że dziewczyna jest nie tylko sympatyczna, ale i ma doskonałą pamięć – po kilku wizytach w jej sklepiku nie muszę już nawet mówić, które chcę – sięgam tylko do portfela po siedem dwadzieścia, a ona z uśmiechem podaje mi moje różowe śmierdziuchy. A ponieważ jest taka miła, wybaczyłam jej już nawet, że jej ostatnia płyta, na którą czekałam z taką niecierpliwością, okazała się być okrutnym rozczarowaniem, zaś heroiczna próba przesłuchania tego żenującego gniota niechybnie pozostawiła na mojej psychice jakiś trwały ślad. Wystarczy, że papierosy Lily sprzedaje koncertowo.
Zastanawiam się tylko, czy fakt, że widuję wszystkie te sławne postaci, w dodatku w Poznaniu i to w dość nietypowych jak na celebrytów okolicznościach, powinien już zacząć mnie niepokoić. I czy może on mieć coś wspólnego z tym, że od pewnego czasu zaczęłam urządzać sobie wieczorami Dyskretne Kwadransiki Na Pudlu.
Tyle, że to naprawdę nie moja wina, że o Słowackim czy Wojaczku, których życiorysy – choćby ze względów naukowych – zawsze bardzo mnie interesowały, Pudel jakoś nie bardzo chce pisać. I że o Benie Afflecku czy Lily Allen pisze za to nad wyraz chętnie.

