ze szczególną dedykacją dla tych, którym również doskwiera myśl, że:

Nigdy nie będzie takiej wiosny.

Nabrzmiałej od pąków, wypełnionej po brzegi zapachem obsypanych kwiatami drzew, bielących się co chwila w widzianych z okna pociągu ogródkach i sadach. Spędzam dwie rozkosznie bezczynne godziny  na kontemplacji tego przyprawiającego o zawrót głowy krajobrazu – celebruję skradziony czas. Czas całkowicie mój, w którym przynajmniej przez chwilę nie istnieje nic poza Ani DiFranco w słuchawkach i  nieskrępowanymi myślami, przesuwającymi się leniwie w sobie tylko wiadomym kierunku.

Nigdy nie będzie takiej wiosny.

Wypełnionej poczuciem, że choć coś ma się już nieodwołalnie ku końcowi, to przecież wciąż trwa, w związku z czym nic nie jest jeszcze przesądzone. Że jeszcze nie jest za późno, że tyle przede mną, że jeszcze zdążę napisać Pracę Magisterską, która powali na kolana pół mojego wydziału, że przeżyję trzęsienie ziemi i zobaczę gwiazdy, dostanę się na studia doktoranckie, zostanę platynową blondynką i nauczę się tańczyć bollydance, że jeszcze wydam książkę, zrobię prawo jazdy na tramwaj i poczuję się cholernie szczęśliwa. Tak po prostu.

Nigdy nie będzie takiej wiosny.

Oszałamiającej świeżością i odbierającej zdolność logicznego myślenia, pełnej motylków w brzuchu i wzruszająco nieporadnych pierwszych pocałunków w pysznie zazielenionych parkach. Pocałunków może niekoniecznie zgodnych z romantycznymi wyobrażeniami, ale ratujących się ostatecznie od kompletnej katastrofy dzięki niewątpliwie ładnej oprawie.

Nigdy nie będzie takiej wiosny.

Wiosny, w której koncentrują się wszystkie pachnące ciepłym deszczem wieczory, kiedy ma się ochotę krzyczeć z radości, że oto mamy po siedemnaście lat i na wyciągnięcie ręki Wielką Miłość, której przed nami nie przeżył jeszcze nikt, że w głowie szumi nam lekko wypite gdzieś pokątnie tanie wino i że jest najzwyczajniej w świecie pięknie, najpiękniej, bo właśnie spadł pierwszy deszcz tej wiosny, a nasze nogi są jak z gumy i w dodatku drzewa tańczą i tyle muzyki, domy stoją do góry nogami, plączą się nam języki. Wiosny, w której mieszczą się wszystkie zjazdy na tyłku z Pagórka, rzepy, wczepiające się złośliwie w ubranie i kilogramy lodów, konsumowane leniwie nad gramatyką opisową; koncerty i spontaniczne eskapady na drugi koniec Polski.

Nad horyzontem błyska się i słychać szczęk żelaza

Nigdy nie będzie takiej wiosny.

Choć przecież wróci wiosna, baronowo. A wraz z nią omszałe mosty i czyjeś pierwsze pocałunki, czyjeś trampki, malowane w kwiatki akrylową farbą, czyjeś połamane leżaki, remontowane kominki i pożyczane namioty; czyjeś nieporadne pytania i nieoczekiwanie miękkie wargi; pierwsze juwenalia, bukiety konwalii, Pagórki i czyjeś Wielkie Miłości, ale już nigdy – nigdy nie będzie takiej wiosny.

o niezwykle podniosłej rocznicy

25 kwiecień, sobota

Garść liczebników i matematyki: czterysta dziesięć lat temu, dwudziestego piątego kwietnia, urodził się Oliver Cromwell, angielski polityk, lord protektor Anglii, Szkocji i Irlandii, przywódca rewolucji angielskiej. Nieco później, bo w tysiąc dziewięćset siedemnastym, również dwudziestego piątego kwietnia, urodziła się Ella Fitzgerald, dwadzieścia trzy lata po niej na świat przyszedł Al Pacino, sześć lat później Andrzej Seweryn, a od narodzin Renée Zellweger mija właśnie równe czterdzieści lat.

Warto również wspomnieć o tym, że dwudziestego piątego kwietnia tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego drugiego roku po raz pierwszy zaśpiewano Marsyliankę, dokładnie sto pięćdziesiąt trzy lata później zwołano pierwszą konferencję ONZ w San Francisco, zaś dwudziestego piątego kwietnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku amerykański prom kosmiczny Discovery umieścił na orbicie okołoziemskiej Teleskop Hubble’a. A oprócz tego zdarzyło się pewnie całe mnóstwo innych, niezwykle istotnych rzeczy.

Wszystkie te wydarzenia nie mają jednak większego znaczenia w obliczu faktu, że dwudziestego piątego kwietnia osiemnaście lat temu (odkąd pamiętam rachunek ten pozostaje stały i niezmienny) przyszła na świat także moja Szanowna Rodzicielka. Kogo w obliczu tak podniosłego święta obchodziłby więc Teleskop Hubble’a i pan Cromwell??

sloneczniki_w_rafii_300x300

Wszystkiego najlepszego, Maminko!

o filolożce peel

23 kwiecień, czwartek

Filolożka pl., pot. polonistka

1. «Mityczny stwór z gatunku parszywych, stworzony w celu skutecznego straszenia, wywoływania nerwic, zaszczepiania nienawiści do literatury ojczystej i zakrojonego na szeroką skalę obrzydzania życia dzieciom i młodzieży w wieku szkolnym.

Na ogół żyje samotnie, prowadząc dzienny tryb życia, albowiem nocny – podobnie zresztą jak towarzyski – jest jej najzupełniej obcy. Jej ulubione zajęcia to pochłanianie w ilościach hurtowych dzieł, których żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie ruszyłby nawet kijem oraz przybierająca wynaturzone rozmiary nadinterpretacja tychże.

Polonistki rzadko łączą się w pary i rozmnażają, a jeśli już im się zdarzy, najczęściej wybierają do tego celu męskich przedstawicieli swojego gatunku, aby nie mieszać w to niewinnych osób postronnych.

Charakterystyczne atrybuty, dzięki którym są wyjątkowo łatwo rozpoznawalne, to:

  • śmiertelnie nudna kniga pod pachą, taszczona z sobą zawsze i wszędzie
  • niedbale zsunięte okulary w wyjątkowo nietwarzowych oprawkach
  • spódnica do pół łydki, modna gdzieś w okolicach lat trzydziestych ubiegłego wieku, noszona przez wiejskie bibliotekarki na głębokiej prowincji
  • rozczłapane trzewiki, przywdziewane obowiązkowo do grubych pończoch, układających się w okolicach kolan w malownicze fałdy
  • szkaradna  kamizelka, równie szkaradny pulower lub – w przypadku deszczowej aury – rekordowo szkaradny paltocik na słoty

Występują na terenie całej Polski, ze szczególnym uwzględnieniem placówek oświatowych oraz bliskiego sąsiedztwa dużych skupisk dzieci i młodzieży.»

Typowa przedstawicielka gatunku filolożek wygląda tak:

obraz-262p1

2. «Makijaż, fryzura, dobre światło, odpowiednie udrapowanie i fotoszop potrafią jednak czynić cuda. Choć wydaje się to niepojęte, nawet będąc polonistką można, jak się okazuje, wyglądać dobrze nago. A przynajmniej dość skąpo.»

Voilà:

obraz-335p1


Przypis stworzony w akcie skruchy: tak, powyższa notka jest podłym przejawem narcyzmu, któremu postanowiłam dać wyraz, zachwycona dość nieoczekiwanym odkryciem, że posiadam nogi. Do tej błyskotliwej konstatacji przyczyniły się niewątpliwie autorki powyższych fotografii, poczułam więc potrzebę podzielenia się ze światem tym niusem i efektem ich pracy. Mam nogi!

Zdjęcia powstały dzięki profesjonalnej sesji fotograficznej, która odbyła się – a jakże! – w siedlisku poznańskiej filologii pl. w dniu 21 marca. Dzieła dokonały Ewelina Grabowska oraz Marta Milczarek (oklaski!), inspiracji dostarczył koncept, że nie taka filolożka straszna…, Rafał Wojaczek oraz, rzecz jasna, pan Stefek. Który zapewne w grobie się teraz przewraca.