o tym, że odnalazłam swoje powołanie
27 maj, środa
Mądrzy ludzie powiadają, że na znalezienie swego życiowego powołania nigdy nie jest za późno. Biorąc sobie do serca te słowa, postanowiłam natychmiast wprowadzić je w czyn i tym oto sposobem kilka nocy temu, w przedsennym monologu, roztoczyłam przed G. nagle objawioną wizję mej najbliższej i niewątpliwie niezwykle emocjonującej przyszłości. Zostanę astronautą.
W pełni zdaję sobie oczywiście sprawę z faktu, że podobne pragnienia deklarował we wczesnym dzieciństwie prawdopodobnie co drugi chłopiec i zapewne także co piąta dziewczynka oraz że u przeważającej większości z nich marzenie to minęło bezpowrotnie wraz z wiekiem, podobnie jak świetlany plan bycia strażakiem, piłkarzem, księdzem, tańcowatką i weterynarzem. Mój projekt zostania astronautą posiada wszelako bardzo silną motywację, w związku z czym nie podejrzewam, abym w najbliższym czasie miała go porzucić. Zostanę astronautą i kropka.
Czem prędzej spieszę jednak z wyjaśnieniami – pomysł ten absolutnie nie jest związany z jakąś nagle uświadomioną, niepohamowaną potrzebą podróży kosmicznych. Jak dotąd wojaże po matuś Ziemi w zupełności mi wystarczały, nie palę się więc szczególnie do wystrzelenia się na orbitę, kiedy tyle jest jeszcze miejsc do odwiedzenia w nieco bliższym sąsiedztwie. Tym bardziej, że z moją alternatywną orientacją w terenie, okraszoną w dodatku dość umiarkowaną miłością do nauk ścisłych – które, jak mniemam, astronautom bywają całkiem przydatne – mogłabym być pierwszą w historii postacią, która zgubiła się w kosmosie. Nie wspominając już o tym, że na dodatek mogłabym tam całkiem wdzięcznie napaskudzić, jako że choroba lokomocyjna – w przeciwieństwie do fizyki jądrowej czy inszej mechaniki kwantowej – nie jest mi najzupełniej obca.
Moje cudowne odnalezienie życiowego powołania nie ma również absolutnie żadnego związku z lansowanymi przez astronautów trendami. Kosmiczne skafanderki znajdują się bowiem w ścisłej czołówce mojego prywatnego rankingu najbardziej nietwarzowych kreacji świata; zaraz po stroju Myszki Miki i kieckach, w których z uporem maniaczki chadza Sarah Jessica Parker. A fakt, że na domiar wszystkiego rzeczone skafanderki okrutnie pogrubiają, pogrąża je beznadziejnie i całkowicie. Nie, nie i jeszcze raz nie.
Przyczyn mojej nagłej, acz gruntownie przemyślanej decyzji należy się zatem dopatrywać gdzie indziej. Na kanale Discovery konkretnie. Śledząc z zainteresowaniem rozmaite programy traktujące o pozaziemskich podróżach odkryłam bowiem największą frajdę, jaką oferują loty w kosmos – posiłki. W których główną atrakcją jest oczywiście napój, zamieniający się w stanie nieważkości w rozkosznego plazmaka wymagającego pościgu.
W filmach na Discovery astronauci z niewiadomych przyczyn ganiają co prawda radośnie głównie za kulkami soku pomarańczowego, nie sądzę jednak, by kawa była pod względem swych zdolności do uciekania mniej atrakcyjna. Wziąwszy pod uwagę moją gorącą miłość do tego cudownego kofeinowego płynu oraz jeszcze większe upodobanie do wynajdywania sobie osobliwych rozrywek, sądzę zatem, że posiadam wszelkie predyspozycje, by zostać astronautą.
I zostanę nim. Bo o niczym nie marzę tak, jak o kawie w kulkach.
o tym, że pachnie latem
20 maj, środa
Wychodzę na balkon na ostatniego papierosa przed snem i czuję obezwładniający zapach lata. To jedyna taka chwila w ciągu dnia, nocy właściwie, kiedy czas zatrzymuje się na ułamki sekund, momentalnie zamiera, nawet ćmy zastygają w powietrzu na jedno krótkie mgnienie oka.
Ostatnio żyję w ciągłym biegu. Logika podpowiada, że przemieszczanie się z taką prędkością powinno owocować cudownym rozszerzeniem kategorii czasu, rzeczywistość udowadnia jednak, że nic bardziej mylnego. Czas wściekle mi ucieka, przepływa przez palce jakimś idiotycznym strumieniem i ginie czort wie gdzie.
Nadal myślę pełnymi, wielokrotnie złożonymi zdaniami, choć boleśnie brakuje mi czasu na ich werbalizację.
I tylko w nocy czuję przez chwilę, jak pachnie latem.
•
Pomylone lato, lato chochole
Zwariowana słoneczna gorączka
Tak wiele, wiele dzieje się wokół
Strachy na wróble rozbiegają się po łąkach
Cokolwiek będzie, cokolwiek się stanie
Po naszej stronie stoją wulkany
Gotowe na znak czekają w pogotowiu
Nasze są też siły i siły wichrowe
Niespokojne i niezwyciężone
Wiatr znad wysp niesie nam swobodę
Cokolwiek będzie, cokolwiek się stanie
Niechaj tak się stanie
Szalone lato
Dzikie, nieposkromione lato
o coming oucie
13 maj, środa
Zrobiłam bardzo, bardzo złą rzecz. Poszukując dla G. Utylitaryzmu Milla, znalazłam się nieopatrznie w niepokojąco bliskim sąsiedztwie Taniej Książki. I, nie chcąc wyjść na niekulturalną dzikuskę, zaszłam w gościnę…
Same odwiedziny w tym przybytku pożytku publicznego, jakim jest księgarnia oferująca towar po skandalicznie niskich cenach, trudno zaliczyć co prawda do uczynków wyjątkowo karygodnych, zwłaszcza jeśli przyświeca im chęć zakupienia książki nie dla siebie, a jedynie dla współzamieszkującego filozofa. Traf chciał jednak, że Milla na stanie nie było, był za to cały ogrom innych nieprzyzwoicie tanich książek, a mnie nie starczyło siły, by zamknąć oczy, podziękować i wyjść, nie oddawszy się uprzednio dłuższej chwili radosnego buszowania między półkami. No i zostałam zwiedziona na pokuszenie – wypatrzyłam Miasto utrapienia Pilcha za niecałą dychę. Grzech było nie kupić.
Tym oto sposobem wszystkie Bardzo Mądre Książki, piętrzące się aktualnie złowrogo obok mojego łóżka, zostały perfidnie zlekceważone, ja zaś oddaję się obecnie bezwstydnej, ale za to nieprawdopodobnie przyjemnej lekturze, smakując każde bajecznie długie i niebywale karkołomne gramatycznie zdanie mistrza Jerzego.
Teraz uważaj. Pełne pytanie brzmi: Czy nigdy nie miałeś ataku nagłej i nieodpartej ochoty, żeby nagle, na środku ulicy, w tłumie, albo na jakimś wytwornym bankiecie, albo najlepiej na jakimś pompatycznym pogrzebie na cały głos zrobić: Gu! Gu! Gu! albo Tju! Tju! Tju! albo Hy! Hy! Hy! Albo po prostu zawyć nieczytelnie i zwierzęco, zakwilić, zarzęzić, żeby bez powodu przeraźliwie zapiszczeć: Piii! Piii! Piii!?
– Szczerze mówiąc, też nie… – odpowiadałem bez przekonania. – Nie przyszło mi to do głowy. – Mówiłem bez przekonania nie dlatego że kłamałem, ale dlatego że nie mogłem powiedzieć prawdy. Co niby miałem powiedzieć mojej dotkliwie rąbniętej Konstancji? Że owszem, rąbnięta jest dotkliwie, ale w porównaniu ze mną to jest nic? Co jej miałem powiedzieć? Że we mnie nie siedzi żaden upiorny lud, złośliwy gnom, przeraźliwy karzeł czy zły duch, ale że owszem, siedzi we mnie mały natarczywy Ojciec Święty, który faktycznie tylko czeka, żeby wyleźć na wierzch? Albo że mój gnom, duch, demon, diabeł, co tam jeszcze, przybrał postać Głowy Kościoła Powszechnego? Co jej miałem powiedzieć? Że nie mam żadnej pokusy, żeby znienacka w tłumie zrobić Gu! Gu! Gu!, ale że mam straszną i nieustanną pokusę, żeby ten tłum pobłogosławić, wygłosić doń papieską homilię i wprowadzić go w euforię jakimś pontyfikalnym żartem? Że wprawdzie moja dziecinna mania zostania papieżem dawno minęła, choć i tak za długo trwała, ale że jakby ktoś zajrzał pod sufit mojego mieszkania (nie mówiąc o suficie mojej czaszki), to dalej niejedno mógłby pod tym względem zobaczyć? Że moje ręce w samotności nieraz same się ku urbi et orbi wyciągają? Że mój krok, jak nieraz z pokoju do kuchni idę, wiadome ma dostojeństwo? Że jak kogoś słucham, w bardzo określony sposób chylę ku niemu głowę? Że owszem, czasem mieszkający we mnie upiorny lud chce przybrać swą naturalnie nieokreśloną postać i chce zawyć nieczytelnie i zwierzęco, ale że chce to uczynić tylko wtedy, gdy stoję w oknie papieskiej biblioteki i pozdrawiam w kilkudziesięciu językach tłumy zgromadzone na placu Świętego Piotra? Takie wstydy miałem Konstancji wykładać? A potem jeszcze może miałem jej gorączkowo tłumaczyć, że nie jestem wariatem, że to wszystko jest arcynormalne, bo przecież tak jak ktoś, kto w dzieciństwie marzył, że zostanie na przykład piłkarzem, nie raz potem przez lata, a może i przez całe życie wyobraża sobie, że składa się do strzału, drybluje albo zdobywa rozstrzygającą bramkę na mistrzostwach świata, tak i mnie pewne gesty, ruchy i obrazy w głowie pozostały? Takie defensywne występy miałem dawać? No gdzie! Wolałbym już naprawdę zrobić Gu! Gu! Gu!
(J. Pilch, Miasto utrapienia)
•
Moja szanowna koleżanka po filologicznemu i blogowemu fachu, doszedłszy do wniosku, że posiada wszelkie pożądane predyspozycje, umożliwiające jej zrobienie spektakularnej kariery w tym zawodzie, aktualnie ubiega się o posadę Disneyowskiej królewny. Ośmielona jej wyznaniem oraz sformułowaną przez pana Pilcha diagnozą, sugerującą, że posiadanie małego natarczywego Ojca Świętego to objaw najzupełniej normalny, postanowiłam także pozwolić sobie na mały coming out i poczynić wyznanie.
Takie mianowicie, że czuję, jak w moim wnętrzu coraz bardziej wierci się mały, futrzasty, prywatny opos, który tylko czeka na odpowiedni moment, by się przebudzić i bezkarnie olać Pracę Magisterską oraz wszystkie Bardzo Ważne Rzeczy. A potem, najzwyczajniej w świecie, beztrosko, radośnie i całkowicie lekceważąco, zrobić tak:



