Obecna! Wszystkim zatroskanym spieszę donieść, że żyję i mam się wyśmienicie. Jednocześnie informuję uprzejmie, że rozpoczęta dwa tygodnie temu ogólnopolska akcja Wesprzyj sis walczącą o tytuł naukowy, przyjęta przez Czytelników tego wirtualnego przybytku z podziwu godną wyrozumiałością i życzliwym zainteresowaniem, za które serdecznie dziękuję, zostaje tymczasowo zawieszona. W trosce o zdrowie jej bohaterki.
Gwoli sprawiedliwości nadmienić jednak należy, że przez ostatnie kilkanaście dni byłam dziarska jak nigdy. Do tego stopnia, że mój Współzamieszkujący, poważnie zaniepokojony tym spektakularnym wybuchem waleczności, postanowił przezornie czmychnąć w znacznie bezpieczniejsze miejsce i udał się do mamusi. Zostawszy w ten sposób słomianą wdową, ograniczyłam całą swą aktywność jedynie do niezbędnych dla podtrzymania życia czynności i przy dźwiękach Backstreet Boys kleciłam do szóstej rano swoje brawurowe figury dyskursu miłosnego pod czujnym okiem świętej pamięci Rolanda Barthesa. Beztrosko ignorując przy tym latające po pokoju muchy, które według wszelkiego prawdopodobieństwa były już niechybnym objawem tego, że któraś ze znajdujących się w pomieszczeniu osób zaczyna z lekka pośmierdywać. I chyba niekoniecznie był to pan Barthes.
Obrany tryb pracy zaowocował, rzecz jasna, gruntownym rozpieprzeniem mojego cyklu dobowego i kładzeniem się spać na parę godzin w blaskach już dawno wzeszłego słońca, raźno przemieszczającego się po nieboskłonie. Niestety, jak się okazało – na moją zgubę. W takich okolicznościach przyrody przyszło mi się bowiem spotkać z postacią, której każdy rozsądny człowiek spodziewałaby się zdecydowanie mniej, niż Hiszpańskiej Inkwizycji – mianowicie z Natalią Oreiro.
Bladego pojęcia nie mam, czemu swą obecnością zaszczyciła mnie akurat ona, dość na tym, że podczas jednej z takich uskutecznianych o osobliwej porze drzemek, dziewczę objawiło mi się w pełnej krasie, podrygując przy tym radośnie. Co więcej, poza pląsami bezlitośnie uraczyło mnie ono także całym teledyskiem do czołówki Zbuntowanego anioła, który obejrzałam pokornie, scena po scenie, od początku aż do samiuśkiego końca. W zasadzie czort wie dlaczego i za jakie grzechy.
Po tym traumatycznym przeżyciu zerwałam się z łóżka w popłochu, święcie przekonana, że z moją głową dzieje się coś bardzo niedobrego. I że powinnam wyciągnąć wnioski z tej jakże upiornej lekcji. Tak się bowiem na ogół składa, że dla jednych zwiastunem, informującym o konieczności podjęcia istotnych życiowych decyzji, bywa objawienie się Matki Boskiej, innych z kolei przekonują białe myszki, UFO lub archanioł Metatron, mnie zaś w roli posłańca trafiła się najwyraźniej Natalia Oreiro. Zignorowanie jej byłoby chyba straszliwą lekkomyślnością z mojej strony.
Pospiesznie dokonałam zatem rachunku sumienia, rozważyłam wszystkie za i przeciw, gruntownie przeanalizowałam stan swojej Pracy Magisterskiej, skrupulatnie obliczyłam ilość stron, jaka jeszcze do napisania mi pozostała, przełożyłam to na dni i – co najważniejsze – noce, podczas których Natalia Oreiro wraz z całą obsadą Zbuntowanego anioła mogła mi złożyć kolejną kurtuazyjną wizytę i podjęłam męską decyzję. Ta gra jest niewarta świeczki. Tytuł naukowy tytułem, ale zdrowie psychiczne przede wszystkim.
Pokrzepiona tą myślą raźno powróciłam do przerwanej pracy. Tak więc moje szkaradne literackie dziecię nadal powstaje i rośnie zdrowo, a Szanowny Pan Promotor wykazuje mnóstwo wiary w sens moich naukowych działań, mocno podnosząc mnie tym na duchu. Najbardziej jednak cieszy mnie fakt, że aktorki z argentyńskich oper mydlanych przestały zakłócać mój sen i przesyłać mi upiorne oniryczne znaki. Być może dlatego, że kładę się spać ciut wcześniej niż o szóstej, jestem nieco bardziej zadbana i już nie pośmierduję.
A wszystko to za sprawą jednego małego druczku, przesuwającego termin mojej obrony na wrześniowe okolice. Życie bywa piękne.


http://pl.wikipedia.org/wiki/Magister
Nie to, żebym się czepiała czy już w ogóle zazdrościła:), ale magister to nie jest naukowy tytuł.
ale tytuł naukowy brzmi zdecydowanie lepiej niż tytuł zawodowy, więc będę się go trzymać ;]
poza tym jako wstęp do kariery naukowej jak znalazł. czort wie, co mi się w trzy miesiące z tej magisterki urodzi, może faktycznie jakiś mały doktoracik ;]
Goniu, to od razu za jednym zamachem w tym czasie i doktorat napisz!
;*
Pod palce ciśnie się tylko jedno: Che!
W sumie jak już się rozpędzi, to może od razu doktorat, coby z formy nie wypaść;]
Czort po wstępie do kariery naukowej sugeruje występ magisterski…
niekoniecznie – mój rocznik jest ostatnim, który bez żadnych konsekwencji może dokonywać sztuk nieczystych z pomocą małego druczku, bo obowiązkowy termin złożenia egzaminu magisterskiego po raz ostatni upływa 30 września. dopiero po tej dacie w sprawę miesza się czort, ale jego ingerencji nie przewiduję ;] więcej wiary, Panie Komisarzu! :)
Moja wiara jest nieograniczona.
W ramach występu spodziewam się argentyńskich bandeonistów, beduińskich oboistów, arabskich tancerek, orgii świateł i orkiestry dętej, a w międzyczasie prelekcje promotora, recenzenta, dziekana i Głównej Gwiazdy Festiwalu – sis! ;]
z beduińskimi oboistami może być drobny problem, bo wyszli, ale trwają wstępne rozmowy z tabunem mimów, którzy, miejmy nadzieję, godnie ich zastąpią. choć będą pewnie ciut mniej akustyczni.
Łe. To znaczy, że koniec z kreatywnymi mobilizajkami?
A tak właściwie to co masz przeciwko obecności Natalii? No rzeczywiście zdarza jej się mówić, ale brzydka nie jest ;>
Serdeczne wyrazy zazdrości. U mnie Stalignrad. 49 godzin opóźnienia z pracą. Będzie dobrze. Do domu wrócimy, cośtam napalimy, nakarmimy psa. “Everything will be all right” – Julian of Norwich (XII – XIII w.) and Bob M.