o wyciu
8 listopad, niedziela
Luther zaczął groźnie warczeć, wściekły na coś, co było poza jego zasięgiem. Bezsilnie próbował ugryźć się we własny ogon.
[…] uniósł łeb i zawył, tak jak od wieków psy wyły do księżyca, chociaż oczywiście w jego przypadku było to wycie do nieba. To bardzo dobry zwyczaj: gdziekolwiek się nie było, nigdy nie brakowało miejsca na niebie, starczało go nawet na najgłośniejszy, najboleśniejszy skowyt. A dla tego, kto odczuwa taki straszliwy ból i wściekłość, bardzo ważne jest, aby mógł wyrazić, co czuje.
W przeciwnym razie można się zadławić.
(M. Ruff, Głupiec na Wzgórzu)
•
W związku z tym, że obecnie zajmuję się tym, czym Luther, uczciwie uprzedzam, że kolejna notka może się nieznacznie opóźnić.
Powrócę, jak tylko skończę wyć.
o Bibliotece pana Słonecznego
2 listopad, poniedziałek
Biblioteka, podobnie jak pan Słoneczny, była Prawdziwie Grecka. Znajdowała się na szczycie wzgórza, dużo wyższego niż Wzgórze, na którym nie padał deszcz i ciągle było lato, zaś czas zatrzymał się na sobotnim popołudniu, odpowiedniej porze, aby wypić butelkę retsiny lub może herbatkę z cykutą, jeśli ktoś był w bardziej filozoficznym nastroju. Przez otwarte okna Biblioteki wiatr przynosił zapach liści laurowych i słychać było porykiwanie bydła, a także sporadyczne dźwięki grającej gdzieś w oddali liry.
(M. Ruff, Głupiec na Wzgórzu)
•
Nowy Hey, Biblioteka pana Słonecznego, herbata Sweet Cherry i bambosze-żółwiki – oto jedyny konstruktywny plan na dzisiejszy wieczór.
o planach na życie
29 październik, czwartek
Ludzkość ostatnimi czasy postanowiła najwyraźniej o tyleż żywo co niezdrowo zainteresować się moim losem, planami zawodowymi, matrymonialnymi oraz macierzyńskimi. Wzruszona do głębi tą troską, czym prędzej spieszę jej zatem z odpowiedzią na pytanie, które obecnie znajduje się w ścisłej czołówce Pytań Doprowadzających Mnie Do Szału. A brzmi ono: Co będziesz robić po skończeniu studiów? i aby spełniać wszystkie kryteria, decydujące o umieszczeniu go na wyżej wymienionej, niechlubnej liście, obowiązkowo musi ono zostać zadane przez kogoś oczekującego odpowiedzi tylko po to, by poprawić sobie nastrój. Bo, jak powszechnie wiadomo, nic nie boli tak jak życie i nic nie cieszy bardziej niż świadomość, że kogoś owo życie uwiera bardziej. Na przykład dlatego, że kompletnie nie ma na nie pomysłu.
Otóż moi mili, troskliwi pytacze, natychmiast uspokajam: plan na życie mam. Całkiem niezgorszy. A brzmi on następująco: zostanę emerytką.
Za kilka dekad widzę siebie zamieszkującą niewielki, acz szalenie przytulny domek. Niewykluczone, że domek ów stać będzie gdzieś pod lasem, z dala od cywilizacji i zostanie wybudowany według mojego własnego projektu, dzięki czemu w przypływie dizajnerskiego amoku ozdobię go najprawdziwszą kurzą nóżką, zaś ogródek zasiedlę małą armią szkaradnych gipsowych krasnali. W czym, jak mniemam, ochoczo pomoże mi moja Szanowna Rodzicielka – zagorzała miłośniczka kiczowatych, ogrodowych kurdupli.
Tuż po zapadnięciu zmroku, w długie zimowe wieczory, zasiadać będę przed kominkiem z jakąś przyjemną lekturą albo szydełkową robótką. A obok mnie, rozparty wygodnie w bujanym fotelu, G.-emeryt pykać będzie fajkę i pogłaskiwać od niechcenia naszego kota, Hegemona, który na jego kolanach będzie sobie ucinać rozkoszną drzemkę.
Za naszym domem rozciągać się będzie pokaźne poletko orkiszu – chluba i duma mego Współzamieszkującego, który już teraz wykazuje dość wyraźne predyspozycje, pozwalające przypuszczać, iż w przyszłości może on całkiem poważne skłaniać się ku pędzeniu żywota zbliżonego do amiszowego. Prądem co prawda to ci on raczej nie wzgardzi, jest za to niemal pewne, iż z lubością poświęci się doglądaniu łanów zbóż, krzaczków pomidorów oraz inszych płodów rolnych, w wolnych chwilach pozwalając sobie na radosny wypiek chleba oraz masowy wyrób twarogu i rozmaitych serów. Surowca do tych ostatnich dostarczać mu będzie nasza koza, Gertruda, dla której gotowa jestem samodzielnie wybudować jakąś zgrabną zagródkę.
Po pracowitym dniu, spędzonym – w przypadku G. – na gospodarce, w moim zaś – na intensywnej produkcji nowego historycznego romansidła, które mam zamiar popełniać hurtowo, a następnie wydawać, ukrywając się pod wdzięcznym pseudonimem Klarysa von Rubel, dorabiając się w ten sposób niezgorszej fortunki, wieczorami zasiadać będziemy przy kominku i przy kubeczku aromatycznego, parującego grzanego wina gawędzić będziemy na przykład o fonemach, Wittgensteinie, przetworach, nowej, żenującej płycie staruszków z Farben Lehre i ludzkiej głupocie, która pewnie i za parę dekad będzie się miała całkiem nieźle. I tak, na rozmowach, pykaniu fajki, szydełkowych robótkach i odkrywaniu rozkoszy stanu emerytalnego, upływać nam będzie czas…
•
Mam tylko nadzieję, że zapowiadane szumnie globalne ocieplenie nie pokrzyżuje mi szyków i za kilka dekad nadal zdarzać się będą mroźne, bajecznie białe zimy. W przeciwnym razie moje kominkowe plany szlag trafi. Co wyjątkowo kiepsko by się składało, ponieważ jakiś czas temu – nie mogąc już doczekać się tej świetlanej przyszłości – przedsięwzięłam zakrojone na szeroką skalę działania przygotowawcze. To znaczy nauczyłam się robić na szydełku.
Najtrudniejsze za mną. Mogę przejść na emeryturę.

